Niejako pod wpływem pomysłów dr E. dostałam kopa, żeby zabrać się za ficka. Zaprawdę, jest jedna, jedyna osoba na tym świecie, która ucieszy się z każdego podejrzanego pomysłu i dla której pisanie AU jest czystą przyjemnością, i jest to Nawłaj, cierpliwie znosząca pomysły głupie i głupsze, łącznie z niespodziewanymi telefonami z pytaniem o szlafmyce.
Od dwóch dni zajmuję się głównie szlafmycami, lumbago, dorożkami, a także matrymonialnymi planami ciotki Mildred, jej przyjaciółeczką Winifredą tudzież wujem Archibaldem, w związku z czym Tygi napisała mi onegdaj, że moje opisy przypominają jej Gombrowicza.
Ponieważ najważniejsze, żeby znać priorytety, w piątek odpuściłam sobie filozofię, tym bardziej, że Kartezjusz tak jakby nie dał się przeczytać w tramwaju, w związku z czym osiadłam w bibliotece, gdzie pobieżnie raczej sprawdziłam, czy w „Rodzinie Połanieckich” będą jakieś ciekawe fragmenty (nie było), o czym jest „Ta trzecia” (rozczarowanie, ale Sienkiewicz był jednak lepszym nowelistą niż powieściopisarzem), zrobiłam czwarte podejście do Dickensa (epic fail, co za beznadziejna tematyka, chociaż styl wcale niezły), poszukałam jednego wiersza Blake’a potrzebnego do ficka (był) i zakopałam się w historii Londynu (dwie godziny). Czuję się stworzona do pisania ficków, które wymagają siedzenia w bibliotekach, przyjemne z pożytecznym.
To nic, że – jak słusznie zauważyła Shikamu – po 14 stronach mam ledwie początek akcji.
( Item cioteczki )
2) Wilgotny piwniczny labirynt
Przestanę jednak kurwić na dr E. Przez jego niedorzeczne pomysły na temat archiwizacji klnąc i utyskując we wtorek przeszłam się na dawne Przedmieście Odrzańskie celem dokonania inspekcji w kamienicy. To było stanowczo jedno z ciekawszych doświadczeń mojego życia. Wychowana w suchym, w miarę schludnym jednorodzinnym domku szeregowym na przedmieściu nie miałam najmniejszego pojęcia o mieszkaniach w kamienicach.
Prawdę mówiąc na sam widok elewacji ciekawej i stosunkowo ładnej, ale bardzo zniszczonej, robi się żal, że nikt nie troszczy się o takie zabytki. Potem klatka schodowa, potwornie brudna i obdrapana – a poza tym śliczne stare drewniane schody, z ażurowymi podstopnicami i rzeźbionymi tralkami. Oczywiście zniszczone, zamiast uszkodzonych tralek sztachety jak z płotu, wszystko pomalowane na ohydny brązowy kolor, idealnie pasujący do ohydnych beżowych ścian. Wilgoć, zapach zgnilizny i kurzu, mieszkańcy zgodnie twierdzący, że klatka nie jest już ich, więc nic z nią nie mogą zrobić, a poza tym za samowolne remonty w starym budownictwie, choćby w najlepszej wierze, są kary. Wysokie.
Oczywiście do klatki schodowej i na pogaduszki z mieszkańcami mogłabym się wybrać nawet bez polecenia ciecia E., ale na pewno nie zawracałabym sobie głowy łażeniem gdzie indziej, a tymczasem los zmusił mnie do przejścia się także do piwnicy i słowo daję, że była mroczniejsza i bardziej odrażająca od niejednej piwnicy z horroru. Ciąg wilgotnych labiryntów pod budynkiem, poprzecinany ścianami działowymi, wszędzie pajęczyny, odgłos wody kapiącej z nieszczelnych rur, trutka na szczury na nierównym klepisku podłogi. Fantastyczne tak długo, jak nie trzeba tam wchodzić.
No i obowiązkowa wycieczka na strych, bardzo jasny, przestronny, cholernie zimny, gdzie ślicznie było słychać szum deszczu na dachówkach (pani spod ósmego: a pewnie, że dach przecieka, pewnie, podstawiamy wiadro… a jaki grzyb, pani kochana). Poza tym bajer, bo w sumie pierwszy raz w życiu zobaczyłam więźbę dachową. To naprawdę cud, że coś takiego po dwóch wojnach jeszcze stoi.
3) Z rozmyślań o łajnie
Na fali tegoż korzystając ze ślicznej pogody w czwartek przespacerowałam się na drugie dawne przedmieście Wrocławia, tym razem Oławskie, z zachowanymi całymi ciągami XIX-wiecznych kamienic. Jest to absolutnie jeden z najbardziej urokliwych zakątków Wrocławia i czasem aż się smutno robi, że takie miejsce niszczeje, że nie dbają o to sami mieszkańcy.
Pamiętam zresztą jak pierwszy raz trafiłam na Trójkąt, wczesną wiosną wracając z biblioteki i w jaki niemal ekstatyczny zachwyt wprawił mnie widok zabudowy żywcem przeniesionej z zeszłego stulecia. To uczucie towarzyszy mi zawsze, ilekroć wracam na Traugutta, Mierniczą, Komuny Paryskiej, Kościuszki, a w czwartek dodatkowo ucieszyła mnie pogoda iście wiosenna, w sam raz chłodna, żeby dobrze się spacerowało, i w sam raz słoneczna, żeby było wszystko widać.
Zastanawia mnie tylko, czy to wszędzie jest tak, że kamienice przyciągają najgorszą melinę. Ja już pomijam, że nikt nie dba o same kamienice, bo powszechnie wiadomo, że polska mentalność nie zakłada dbania o dobro wspólne (czyli jak nie jestem u siebie, to naśmiecę, napluję, nakiepuję, podpiszę, zniszczę, w cudzym bloku, na cudzym osiedlu, na cudzej ławce w parku, jakby to wszystko nie było de facto nasze i dlatego zasługiwało na odrobinę szacunku), ale czy coś w, bo ja wiem, aurze miejsca się zachowało czy co? Dawne kroniki mojego miasta, które zgłębiam z prawdziwą przyjemnością, wspominają, że ulice na dawnych przedmieściach – Oławskim, Odrzańskim, Mikołajskim – przypominały bajora błota, ścieków, śmiecia i wszelkiej maści łajna. Idąc przez Trójkąt uznałam, że nic się nie zmieniło. Ja rozumiem, że ktoś ma psa. Ja rozumiem, że zabudowa XIX wieku nie przewidywała skwerków. Ale czy to jest powód, żeby rzut beretem od centrum wszystkie chodniki jak leci były konsekwentnie zasrane? Oczywiście psie gówno jest rozsmarowane na bruku jak się da, bo kto wdepnie, ten wyciera podeszwy w trotuar, bo co zrobić.
I niech mi ktoś teraz powie, jak mnie, człowieka przyzwyczajonego do zachowania minimalnego porządku wokół siebie, wrzucania śmieci do kubłów i odkładania rzeczy na miejsce, ma nie ogarniać dziki szał i chęć mordu za jednym zamachem na właścicielach i na ich pupilkach, co? Na pupilkach rzutem na taśmę, bo w sumie co pies winny temu, że jest psem, tylko właściciel ma mentalność buraka? Podobnie, żeby była jasność, kurwica mnie trzaska, jak nie można usiąść na murawie w parku, bo jest równomiernie pokryta psim łajnem, albo dlaczego cudzy pies ma srać na trawnik pod moim domem. Bo co, bo się komuś wydaje, że trawnik jest dla psa? I dlatego ja mam tolerować gnój w miejscu publicznym, tak?
Moja ciotka, właścicielka leciwego jamnika, na spacer z nim chodzi z woreczkiem i łopatką. Na osiedlu patrzą na nią jak na bohatera. Zastanawiam się, kiedy wreszcie ludzie przestaną traktować jak bohatera kogoś, kto zwyczajnie dba o porządek.
No, miało być o przyjemnym spacerze, a jest o gównie.
4) Z lektur
„Ostatnia konkubina” Lesley Downer była nudna niemożebnie i ktoś, kto miał czelność porównać tę książkę do „Przeminęło z wiatrem” powinien ją zjeść razem z okładką, za to „Plebejka” Schwarza jest śliczna. Poważnie. Jest w tej prozie jakaś wyważona elegancja, pewna dyskretna powściągliwość, która przemawia szczególnie silnie, jest coś urzekającego. Szkoda tylko, że taka krótka. No a poza tym nie rozstaję się z „Lalką” i bzdurami na studia. W ogóle powinnam jeszcze wrócić do Prusa, ale niestety poza „Lalką” i w porywach „Faraonem” pisał straszne ścierwo.
Zna ktoś jakieś dobre powieści XIX-wieczne?
