Home
Tytuł bez związku z notką.

Ostatnio moim największym problemem było to, czy wstawić jego zdjęcie w ramkę, żeby je mieć przed sobą, kiedy siedzę przy biurku, czy nie, bo się będę rozklejać. Wreszcie wyjęłam moją ulubioną pocztówkę z pogodnym niebem i zastąpiłam ją naszym zdjęciem, całej czwórki, starym, sprzed dwunastu lat. Do tej pory wydawało mi się, że dwanaście lat to dużo, w końcu połowa mojego życia. Okazuje się, że to jednak śmiesznie mało.
Rozklejam się, oczywiście, co zresztą było do przewidzenia, ale sama sytuacja nieźle ilustruje, do poziomu jakiego jamochłona zeszłam, skoro kwestia ramek i ich zawartości stanowiła dla mnie osobny, trudny do rozstrzygnięcia problem.
Ciekawe, jak ja zaliczę resztę sesji.

Zazwyczaj na smutki i smuteczki  świetnie działały małe zakupy tudzież dobra czekolada. Czekolada była, w obrzydliwie cyniastym i eleganckim FlyBarze, w doskonałym towarzystwie Renaty, ale nie pomogło. Zakupy też były udane – cudem wygrzebana z kupki staroci w antykwariacie książka Retifa de la Bretonne, okazyjnie kupiona antologia Kubiak Ho-Chi, wreszcie trochę przypadkiem Tanizaki, którego obok Kawabaty Yasunarego lubię najbardziej spośród japońskich pisarzy. Nie pamiętam, żebym z którejś się ucieszyła. To samo ze snookerem – Welsh Open było, trwało, skończyło się, John Higgins tradycyjnie zgarnął tytuł, nawet mnie to nie obeszło.
To bardzo dziwny stan, być smutnym ze świadomością, że to nie tyle zmieni się w wyniku okoliczności, co po prostu kiedyś minie.

Odmóżdżanie literackie )

Dlaczego yaoi odmóżdża najlepiej na świecie )

I chciałam się poskarżyć, że fanki piszczą. Przez to, że piszczą, ja nie mogę sobie posłuchać porządnie jednego kawałka S.K.I.N., który wielce mi wpadł w ucho, bo przecież człowiek ma ochotę pieprznąć czymś ciężkim w głośnik, żeby się jedna idiotka z drugą wreszcie kurwa zamknęły, od czego niszczy mi się zdrowie i nerwy. A przynajmniej mogę tak sobie napisać.

Picspam yaoistyczny na odmóżdżenie )

Z wniosków, na podsumowanie ostatniego tygodnia: jeśli wierzyłam, że rodzice zazwyczaj wspierają swoje dzieci – myliłam się, byłam w błędzie. Jeśli gdzieś tam tkwiło takie moje wewnętrzne, głęboko zakorzenione przeświadczenie, że nie zostawia się swoich dzieci w trudnych chwilach – owszem, zostawia się, usprawiedliwiając to wyższym dobrem bez względu na okoliczności. Jeśli nawet myślałam, że są pewne granice samotności, których się nie da przekroczyć – owszem, da się. Fizycznie też można to przeżyć, tylko w środku coś się kończy, przychodzi świadomość, że jeszcze bardziej oddala się od tak zwanych bliskich. Osławione dawanie wolności przez rodziców działa w dwie strony: jeśli ja mogę robić, co chcę, oni też. Okazuje się, że za granicą tej wolności nie ma niczego innego poza samotnością. Tak, mogę zrobić wszystko, co zechcę, ale właśnie bardzo boleśnie dano mi do zrozumienia, z konsekwencjami będę radzić sobie sama i nikt mi nie pomoże – wszystko jedno, czy coś stało się z mojej czy z cudzej winy. I z tego wszystkiego najbardziej boli mnie to, że nie ma znaczenia, jak ja się czuję, ponieważ i tak nie mam racji i jest to mój problem, oraz to, że chociaż nikt mnie nie pytał o zdanie, muszę ponosić konsekwencje cudzych wyborów.
To by było na tyle w temacie emocjonalnej zależności od rodziców i wsparcia ze strony najbliższych.


Random:
1) Załamałam się nad zdjęciami nowego projektu Juna z Mago, niech go zaraza zdusi, zawsze wiedziałam, że facet nie ma gustu, ale nie dość, że Spiv States muzykę ma gównianą, to jeszcze źle wygląda. Tylko Ioriego szkoda.
2) Kot zjadł mojego herbatnika.
Może jeszcze trochę kota i jego mamy, kiedy śpi.
3) Mam nowy życiowy cel. Chcę zostać Honorowym Członkiem Stowarzyszenia Hodowców Kur Ozdobnych. [info]kirikot  świadkiem, że istnieje coś takiego, ba, zresztą jej notka podsunęła mi pomysł. Nie mam jeszcze Kury Ozdobnej, ale cóż to znaczy wobec tego, że będę gambatte.
 
 
Current Mood: sad
Current Music: Nowy jrock na czele z gównem w stylu Puppet Mammy i innym Pleur
 
 

Advertisement

 
Dio się rozpada. I The Underneath. Dio jak Dio, poza tym że mieli cukierkowego gitarzystę i grali rock miły dla ucha, ale The Underneath? Czuję się głęboko zawiedziona w moich grafomańskich nadziejach.

Z życia owadów.
  • Nie wchodzić do antykwariatu przed pierwszym. Nie wchodzić do antykwariatu przed pierwszym. Nie wchodzić do antykwariatu przed pierwszym. I tak dalej.
Przede wszystkim dwie książki, które pamiętam jeszcze z liceum, bardzo mi bliskie, a do tego, z czego cieszę się najbardziej, „Ballada o Narayamie”, moja absolutnie ulubiona antologia opowiadań japońskich. To wprost niesamowite, weszłam do antykwariatu, potknęłam się w progu i żeby nie upaść, podparłam się ręką dokładnie w miejscu, gdzie stała. Nie mogłam jej przecież nie kupić, prawda?
Bardzo miły pan antykwariusz, z którym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę o tym, jakie książki są warte uwagi a jakie nie i jakie mamy ulubione wydania pewnych dzieł. Pan antykwariusz poza tym był mocno zaskoczony, że ktoś tak młody jak ja może zdradzać tak nietypową dziś pasję i upodobanie do książek. Hm.
  • Koncert muzyki perskiej na setarze i flecie nej, wyjątkowo przyjemny, z krótkim wykładem na temat pochodzenia, kultury i właściwości tej muzyki.
W związku z książkami: Madame Sadayakko, Córki Nipponu nie płaczą i biografia Murakamiego )
  • Dalszy ciąg peregrynacji czekoladowych: po FlyBarze i Czeskim Filmie zaliczyliśmy z Łukaszkiem jeszcze Vespa Bar, gdzie zaserwowano mi deserowy budyń, przyjemnie gorzki, ale nadal budyń, a poza tym połączenie ascetycznego wystroju z dodatkami retro kompletnie do mnie nie przemawia. Dla wyrównania, kolejna była absolutna pyszność, czekolada i sernik w SoHo, kapitalnym miejscu w klimacie, jaki lubię najbardziej: eleganckie, stonowane, z dyskretną, łagodną muzyką i zasługującą na pochwałę obsługą. Czekolada niemal na zamówienie, z uwzględnieniem moich potrzeb i kaprysów, to samo sernik. Kawiarnia na pięć z plusem, dawno nie byłam tak zadowolona.
  • Jeśli chodzi o snookera angielski Masters prawie że przeleciał mi koło nosa, wszystko przez konieczność siedzenia na zajęciach tudzież uczenia się, no a do tego wyjątkowo nie grało zbyt wielu moich faworytów, jako że turniej zaproszeniowy jest. Robertson odpadł bardzo wcześnie, o dziwo Higgins też (przy czym rozwalił go w drobny mak Mark Allen, zresztą jedno z lepszych spotkań tego turnieju), ale i tak najlepszy był Mark Selby i Ronnie O’Sullivan. W ogóle Mark Selby pokazał klasę, zarówno w spotkaniu z Allenem jak i O’Sullivanem właśnie. Finał między nimi doprowadził mnie do estetycznego zdenerwowania, jakiego dawno już nie uświadczyłam (półfinał Grand Prix Robertsona i Higginsa chyba), gdzie ze stanu 9:6 Selby doszedł do 9:10, wygrywając turniej. Było na co popatrzeć. I trzeba mieć zaiste studenckiego pecha, żeby Welsh Open wypadł właśnie na sesję, no trzeba.
  • A poza tym w kwestii jrocka: nowe The Underneath niezłe, ale nie porywające, chociaż tyle, że cięższe niż poprzednie. Złapany gdzieś przypadkiem komentarz Lynch sprawił, że aż westchnęłam przez głos Hazukiego (słowo daję, że jak mówi, to rozkłada mnie na łopatki, bardzo lubię go słuchać, co mi się rzadko zdarza w przypadku japońskich gadających głów). Przeglądając spiracone ostatnio filmiki z Inoranem miałam ochotę czymś go pacnąć, bo jakkolwiek jest atrakcyjny i bardzo miło się na niego patrzy, to ma koszmarny zwyczaj robienia długiego, jękliwego „mmm-mm-m” na potwierdzenie, że słucha swojego rozmówcy. Ciekawe, że mu nikt nie kazał natychmiast przestać, ja po trzecim takim „mmm-mm-m” straciłabym panowanie nad sobą albo zmartwiła się, że coś mu zaszkodziło. No i zaskakująco dużo dobrego, nowego vk, z niejakim zaskoczeniem odkryłam, że nadal strasznie lubię ten rodzaj :D.
  • Nareszcie zrobiłam porządek w płytach, to znaczy przegrałam anime z cd na dvd, a przy okazji przeorganizowałam sposób porządkowania tego wszystkiego. Gwarantowane, że teraz nic nie będę mogła znaleźć. Zyskałam przy tym aż osiem centymetrów błogosławionego miejsca! I momentalnie zapchałam je koncertami X Japan (Joszki Boska Klata i jego kiczowate, doprowadzające do parkosyzmów śmiechu i miejscami żałosne gwiazdorstwo, że też ludzie oglądają to dla przyjemności! Znaczy oglądać to rozumiem, słuchać już nie. Każdy, kto się czepia współczesnego vk i wokalistów powinien za karę słuchać zawodzenia Toshiego. Najgorszy growl jest lepszy niż on. Kurczę, nawet moja mama jest lepsza niż on!) i wszelkiej maści innym dobrem jrockowym. Niestety przy okazji spiraciłam też ostatni koncert Buck-Ticka. Tak. Ja wiem, że ten zespół to już nie jest to, co było dawniej, bo grawitują coraz mocniej w stronę muzyki lekkiej, miłej, łatwej i przyjemnej. Ja wiem, że to nie jest już to co wcześniej po samych koncertach, z których od 13th Floor żaden nie miał takiej kapitalnej atmosfery jak wcześniejsze, wszystko jedno, gdzie i w jakim charakterze grali. Ale Memento Mori to już szczyt wszystkiego. Kij z setlistą, bo może ktoś lubi takie banalne granie, ale ranyboskie! jednak przyszło mi powiedzieć, że jak popatrzeć na Imaja, to jest ładniejszy niż Atsushi. Mimo wszystko, niektórzy mężczyźni nie powinni nosić brody i wĄĄsów.
Od tygodnia chodzę po domu w śpiworze. W kuchni i na parterze bywa ciepło, ale na moim poddaszu wieje i ciągnie jak diabli. Ma to swoje zalety, bo wolę spać w pokoju wychłodzonym niż przegrzanym, ale jak piszę, to grabieją mi palce. Poza tym zima jako taka nadal mi nie przeszkadza. Przeszkadzają mi tylko wrocławskie służby drogowe tudzież ich brak. Niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego w centrum miasta na chodnikach zalega zbita, podobna do lodu i piekielnie śliska masa zbitego śniegu i nikt nie wpadnie na to, żeby coś z tym zrobić?
Jezu, jak mi się ryb chce.
 
 
Current Mood: cold
Current Music: Trzaskanie mrozu za oknem czy coś, bo jest dobrze około minus piętnastu
 
 
Pisanie na LJu dłużej niż rok ma tę wadę, że kończą się memy do zrobienia. W związku z tym, że DieZu określiła kiedyś mój dziennik kopalnią memów – tak jak ja określam zazwyczaj dziennik Shadow – dla podtrzymania tradycji dwa memy, od Shadow właśnie podprowadzone.

Meme użytkowe )

Inne niż zwykle meme podsumowujące )

Prywatna część książkowa )

No i powód, dla które piszę dzisiejszą notkę, to znaczy podsumowanie roku 2009.
Zatem mój skromny ranking książkowy, wybrany z blisko 60, jakie w tym roku przeczytałam:

Książki najlepsze:
1. Ryszard Krynicki, „Wiersze wybrane”
Im starszy Krynicki, tym lepszy: z wiekiem jego poezja stała się coraz bardziej wyważona, celna, bardzo poruszająca. A tak duży tom poety, którego przeprawie 30 lat w Polsce nie drukowano, to prawdziwa uczta.
2. Timon Sreetch, „Erotyczne obrazy japońskie 1700-1820”
Jedna z najlepszych monografii, jakie w życiu czytałam: wartość merytoryczna nie do przecenienia, wnikliwe analizy, głęboka znajomość rzeczy, a do tego coś, co sprawia, że można cieszyć się lekturą:  lekkie pióro, płynność i jasność wypowiedzi. Słowem – wzór do naśladowania.
3. Beata Bochorodycz, Estera Żeromska, „Mishima Yukiyo (1925-1970)”
Właściwie najbardziej chyba za tłumaczenia dramatów Mishimy, którego prywatnie jestem fanką: za surowy styl, bezkompromisowe przesłanie, za kapitalną psychologię bohaterów, za porywające studium ludzkiej duszy.
3 ½ . Etsu Iganaki Sugimoto, „Córka samuraja”
Ponieważ urzekła mnie swoim powściągliwym czarem i subtelnością.
4. William Gibson, „Mona Lisa Turbo”
Majstersztyk jeśli chodzi o powieści samą w sobie, abstrahując od konwencji cyberpunku i innego sf, konstrukcyjnie jest doskonała, świetnie przemyślana, a do tego ani na chwilę autor nie traci nad nią kontroli, nic się nie rozpełza. Bardzo wciągająca i bardzo frapująca.
4. James Clavell, „Gai-jin” i to bardziej niż „Shogun”
Dobrze napisane, ciekawe czytadło, a do tego od strony kulturowej i merytorycznej naprawdę niczego nie można zarzucić. Plus bardzo dobre prowadzenie intrygi i wielowątkowość.
4. Marcin Bruczkowski, „Radio Yokohama”
Pozornie zabawne czytadełko, w gruncie rzeczy gorzka powieść o tym, jak słuchać i być słuchanym. Za dwupoziomowy odbiór zasługuje na wyróżnienie.
5. Stanisław Bereś, „Wojaczek wielokrotny”
Najlepsza ze wszystkich biografii Wojaczka, właśnie dlatego, że autor zamiast pisać książkę de facto „Wojaczek i ja”, oddał głos tym, którzy go znali – zatem za skromność, za doskonale, wzorcowo wręcz przeprowadzone wywiady, za sam pomysł i za obraz Wojaczka, chyba najpełniejszy i najbliższy prawdy.
6. Walter Moers, „Miasto śniących książek”
Za pomysł i jego realizację w najdrobniejszych szczegółach, z porywającym poczuciem humoru i kryminalną intrygą. No i za książki.

Książki najgorsze
Absolutnie poza konkurencją:  Jina Bacarr, „Blond gejsza”
Tak to jest, jak autor uważa, że do napisania dobrej powieści, której akcja rozgrywa się w przeszłości egzotycznego kraju, wystarczy wiedza wyniesiona z kilku filmów albo artykułu w gazecie dla pań domu, a do tego wychodzi z założenia, że seks na co drugiej stronie i dywagacje bohaterki, czy przespać się z x czy z y, kiedy na horyzoncie majaczy jeszcze cały alfabet kochanków, zastąpią fabułę i nadadzą postaciom charakteru. Niniejszym autorce przyznaję tytuł Ścierwa roku.
1. Jacek Piekara, „Łowcy dusz”
Subiektywnie: za to, że wszyscy jak jeden mąż, bohaterowie powieści to albo kanalie, albo banda prostaków, którym słoma w butów wystaje, a pozują na kogoś lepszego niż są, znaczy: autor kreuje ich na lepszych, a wychodzą mu przeciętni, tani frajerzy. Obiektywnie: za nudę, kiepski styl i gminne teksty.
2. Stanisław Srokowski, „Skandalista Wojaczek”
2. Bogusław Kierc, „Rafał Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera”

Obie za to samo: autor pozdaje się na natchnionego i namaszczonego kapłana kultu Wojaczka, dorabia teorię do czego się da, z samej książki nie tylko nic nie wynika, ale i nie wnosi ona nic nowego do dyskursu, natomiast jest idealną okazją do opublikowania zdjęcia swojego z bohaterem, swojego na tle grobu bohatera (z zamyśloną a poważną miną, gratulujemy kabotyństwa, panie Srokowski) tudzież pochwalania się, że bohater podpisała nam swój tomik wierszy.
3. Ela i Andrzej Banachowie, „Cztery tygodnie w Japonii”
Czyli jak pisać, żeby nie napisać. Bełkot, z którego nic nie wynika, poparty do tego radosną niewiedzą i ignorancją (Kawabata Yasunari, nie Yasunuri i posąg Buddy w Kamakurze, a nie statua buddyjska, tak?) czyli najlepsza ilustracja tego, że podróże kształcą wykształconych.

Nooo. Tak.
Ostatnie dni roku mijają mi cokolwiek przyjemnie, to znaczy głownie siedzę i poprawiam skończonego ficka dla Drago, słucham sobie Sugizo i tymże Sugizo spamuję komórkę Shadow, bo nie ma nic przyjemniejszego, niż zgodzić się, że tak, owszem, Sugizo oraz tak, owszem, Kirito.
I tym optymistycznym akcentem…
 
 
Current Mood: cold
Current Music: Sugizo, "Tell me Why"
 
 
Wczoraj uczyłam się z wielką pilnością. Przynajmniej teoretycznie. Praktycznie co jakiś czas okutana w koce podpełzałam do kompa, żeby sprawdzić, co słychać, i w tym miejscu bardzo serdecznie nieocenionemu jak zawsze [info]kirikot owi, zwłaszcza za notkę imienną i fantastyczny picspam na komórce.
Picspam miał zresztą fatalny wpływ na moralność mojej podświadomości, bo w połączeniu z tematem mojej nauki dystrybutor marzeń sennych zafundował mi sny, w których Kirito był bizantyjskim cesarzem, ortodoksyjnym katolikiem, a Aiji był cesarzową, żoną władcy poprzedniego, osadzoną w klasztorze, i nikt poza Kirito nie wiedział, że Aiji jest po pierwsze mężczyzną (ciekawe, jak mąż cesarzowej-Aijiego na to nie wpadł, ale tego już sen nie wyjaśniał), a po drugie tureckim najeźdźcą. Cesarz-Kirito w sekrecie (literówka: seksrecie, ciekawe, dlaczego) odwiedzał cesarzową-mniszkę-Aijiego, ze świadomością, że nie jest to godne pochwały. Przez większą część snu Kirito szedł klasztornymi korytarzami a potem zdejmował z Aijiego warstwy czarnej przejrzystej gazy, których było tyle, że wyglądały jak jednolity materiał i ja rozumiem, że w rejonie Bizancjum jest ciepło, ale jakoś nie bardzo widzę mnisie szatki z gazy. Moje sny mogłyby być dokładniejsze jednak, bo przez całą noc Kirito nie dotarł do ostatniej warstwy.
Przy czym najdziwniejsze z całego snu było niemal namacalne poczucie robienia czegoś zakazanego, konieczności ukrywania się, pewnego niepokoju i obsesyjnej chęci spotkania.
Od dziś dla własnego dobra powinnam przestać czytać notki Shadow.
(Właśnie dostałam sms od tejże: zdjęcie książki „Dyktatorzy” z podpisem „a gdzie Kirito?”. Czuję się psychicznie zniszczona).

Święta były i minęły, dzięki Bogu, stosunkowo mało inwazyjnie, zgodnie z planem zabarykadowałam się u siebie, ale zamiast zabrać się za czytanie i naukę, uporządkowałam, posortowałam i podpisałam ponad 2 gb zdjęć Luna Sea z przyległościami. Zajęło mi to bite dwa dni, ale teraz przynajmniej nic nie zakłóca mojego spokoju. Może poza okresowymi napadami fangirlizmu.
Z tym też wiążą się pewien bardzo przyjemny prezent gwiazdkowy: Sis (:*) uszczęśliwiła mnie tapetą z półnagim J’em, tak spreparowaną, że nie widać kłaków (yay!). Poza tym w tym miejscu chciałabym także podziękować Tygi za karteczkę i Yasai za wzruszający list z pysznym pierniczkiem i bardzo pożytecznym i praktycznym gadżetem :D, bardzo się ucieszyłam z tegoż.
A absolutnie najlepszym prezentem choinkowym, poza „Myślami ludzi wielkich, średnich i psa Fafisa”, nad którymi bardzo długo myślałam na tegorocznych targach książki, dostałam absolutnie zajebistą rzecz: konfiturę pomarańczową z dodatkiem przypraw korzennych. Ze wszystkich dżemów, konfitur i przetworów, jakie w życiu jadłam, ta była stanowczo najlepsza, chociaż nie ma w sobie ani grama chemii.

Z okazji Świąt przyjechała także Renata, więc w Wigilię spacerowałyśmy po osiedlu od północy do drugiej, a wieczór zakończył się u mnie o szóstej rano, bośmy się nie mogły nagadać. Podobnie spędziłam wieczór wczorajszy, to znaczy od momentu, w którym skończyłam czytać „Poczet cesarzy Bizancjum” Krawczuka, aż do siódmej rano, bo znowu nie mogłyśmy się nagadać.
This is bidet :D )

A na koniec…
Znalazłam ostatnio pierwszą chrześcijańską modlitwę, która naprawdę mi się podoba i postanowiłam przekopiować ją tutaj jako przykład głębokiej mądrości modlącego się:
Modlitwa św. Tomasza z Akwinu )

I trochę picspamu:
Lulu Cafe popołudnie pierwsze i drugie
Waltz Cafe
Kot Fruzia
Kot Messerschmitt w pudełku, na kompie i przy pracy, ponieważ jak każdy kot jest ostoją mądrości.

Idę czytać o Bizancjum w dobie najazdów tureckich i tą nową powieść o wampirach jakiegoś pociotka Stokera…
 
 
Current Mood: accomplished
Current Music: Luna Sea, "Ray", przezajebisty kawałek
 
 

Advertisement

 
24 December 2009 @ 11:43 am
Słowo daję, że moja niechęć do Świąt powinna przejść do jakiejś legendy albo dać początek związkowi frazeologicznemu „nie cierpieć… jak Biedronka Świąt”. Co prawda nie powinnam za bardzo narzekać, jako że gehenna porządków była w tym roku wyjątkowo krótkotrwała i w sumie ominęło mnie też gotowanie, ale ludzie kochani! Wigilia u ciotki. Po całym dniu postu, co jest jednym z najgłupszych pomysłów, jakie znam. Najpierw tortury z parzeniem się gorącym barszczem, potem wyścig do pierogów, a potem nuda nad karpiem, bo wszyscy są za bardzo napchani (trzeba się było spieszyć?), żeby jeść dalej. I cztery godziny za stołem, jakby to było do szczęścia potrzebne.
Uważam, że w kraju demokratycznym powinna istnieć jakaś alternatywa dla ludzi, którzy nie lubią świąt albo mają ochotę spędzić je inaczej niż nad kapustą i grzybami. Natomiast zaraz po powrocie od ciotki mam zamiar:
a) odmówić spożywania makowczyków, keksików i pierniczków tudzież karpików, szyneczek i sałateczek;
b) zabarykadować się w pokoju i zastawić drzwi oraz okno regałami;
c) położyć się w szlachetnej pozycji na wznak;
d) czytać, czytać, czytać.
A że wybór lektur mam dość duży, to wiele sobie obiecuję po wolnym. Nie dalej jak trzy dni temu mój serdeczny kolega Łukaszek powiedział, że dostał temat na licencjat (Walki Arabów z Konstantynopolem w świetle Baśni z 1001 nocy, jak to usłyszałam, to aż pozieleniałam z zazdrości), a jako że prawdopodobnie jestem jedyną osobą spośród znajomych Łukaszka, która przeczytała osiem tomów baśni, służę mu radą i pomocą. Służę mu tak dalece, że właśnie zauważyłam, że temat historii Bizancjum jako taki jest wyjątkowo ciekawy. Aż żal, że nie zgłębiłam tego wcześniej.

Z innych rzeczy: czas upływa wielce przyjemnie. Problem nadmiaru gotówki rozwiązałam za pomocą zakupów (rajstopki, rękawiczki w paski z łańcuszkami, nowy łańcuch do spodni, takie tam drobiazgi) oraz czekolady w Waltz Cafe z Araśkiem (:*). Miło było znowu się zobaczyć, ale nie mam pojęcia, kiedy ta młodzież zdążyła tak urosnąć… Poza tym góra z górą się nie zejdzie tak, jak ja z Hydaspes, tym razem wylądowałyśmy w jakiejś knajpce z azjatyckim jedzeniem, od czego niech mnie ręka boska broni, a pan kelner dziwnie popatrzył, kiedy wyjaśniłam, że nie deser ma być bez owoców, bo nie jadam ich z przyczyn ideologicznych. Nie wiem, co w tym dziwnego, natomiast sam deser po wydłubaniu wiśni z żelu i odłożeniu jogurtu był całkiem smaczny. Natomiast sama Hydaspes ma śliczną fryzurę i wygląda teraz jak tak rudawa stokrotka, bardzo wdzięcznie.

Z czekolady i fajek: dowiedziałam się niedawno, że w tym roku była straszna plaga szkodników na plantacjach kakaowców na świecie, więc oczywiście padł na mnie blady strach. Pierwszym groźnym symptomem było to, że w Puchatku spadła ilość czekolady na rzecz wanilii, więc oczywiście cierpiałam przy piciu strasznie. Z tej paniki poszłam na czekoladę do Lulu, czekoladę do Waltz Cafe (na gorąco z lodami, coś pysznego), na czekoladę do FlyBaru, fantastycznie cyniastego miejsca z bardzo ładnym wystrojem, ale czekolada była taka sobie (na gorąco z lodami), no i na czekoladę do Czeskiego Filmu (pijałam lepsze).
No i dzięki Łukaszkowi, z którym mamy komunę fajczaną, spróbowałam tych fajek, na które tak się czaiłam, Pueblo się nazywają i podobno są produkowane z czystego tytoniu bez domieszek chemicznych. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale są tak aromatyczne i tak delikatne w smaku, że pali się je z przyjemnością. Trochę przypominają Sundaysy, ale są łagodniejsze. Mamy fajki numer trzy po Black Devilach i Sunday’s Fantasy.

Z fangirlizmu: zobaczyłam na jakimś zdjęciu poziomy fragment (pół centymetra na cztery) skóry Inorana nad spodniami, jak mu koszula wylazła, kiedy podniósł rękę do góry. Ze zgorszenia nie mogłam zasnąć przez pół nocy, dziwnie abstrakcyjna jest myśl, że on jednak posiada ciało i że teoretycznie, filozoficznie nawet, rzecz ujmując, istnieje potencjalna możliwość zobaczenia tego. Trochę mi to zburzyło światopogląd.
Poza tym filmik z mieszkanka Riku mnie zabił na zimnego trupa, facet dobija trzydziestki, a ma więcej miśków niż ja. I ma je wszędzie. Cały jego dom (ekhem) czyli kawalerka z mikroskopijnym przedpokojem, jest wypchany miśkami, zabaweczkami, figurkami i chuj wie, czym jeszcze. Nic dziwnego, że ten człowiek nie ma życia.
A tym bardziej poza tym: Ding Junhui wygrał mistrzostwa Wielkiej Brytanii w snookera, więc poczułam się cokolwiek ucieszona, po czym wpadłam kompleksy, bo Ding ma 22 lata, czyli jest młodszy ode mnie, a ja od gimnazjum mam lewe zwolnienia z wf. Czuję się loserem. Przeszło mi tydzień później, kiedy z inicjatywy Kena Dohertego zorganizowano pierwsze mistrzostwa świata w snookerze na sześciu, a nie na piętnastu czerwonych. Nuda straszna, nareszcie się dowiedziałam, jak wygląda kiepski snooker (oglądanie Main Touru jednak strasznie psuje), ale usłyszałam, że gulgoczę, kiedy w chwili przyznawania nagród w rogu ekranu mignął mi zarys sylwetki Kena. No a potem zaczęłam gulgotać ze wzmożoną energią, kiedy tenże wręczał nagrody i pozował do zdjęć ze zwycięzcą (Mark Williams, ale jakoś mnie to nie obeszło z powodów zrozumiałych). Czuję się zniesmaczona samą sobą, bo Ken Doherty jest stary, nie wygląda jak kobieta a do tego ma żonę i dzieci.

Nie ma żadnych fajnych memów, do chrzanu. Wracam czytać poczet cesarzy Bizancjum i skończyć tego pączka, który jem w ramach postnego śniadania od godziny…
 
 
Current Mood: pissed off
Current Music: Luna Sea, "Ray"
 
 
06 December 2009 @ 12:44 am
Nie jestem szczególną miłośniczką grudnia jako miesiąca samego w sobie, ale ma jedną, zasadniczą cechę działającą wybitnie na jego korzyść. Wrocławskie Promocje Dobrych Książek, co w skrócie można by nazwać rajem, bo są moje ulubione wydawnictwa: i Miniatura, i Trio, i Universitas, i a5 oczywiście, i Iskry, i Czytelnik, i Zysk i S-ka, i w ogóle bardzo dużo innych, w tym roku grubo ponad setka.
W każdym razie właśnie na targi książki czekam najbardziej, jeśli chodzi o grudzień. W tym roku co prawda interesujących mnie rzeczy było mniej, ale to wszystko przez to, że wymagania mi się zmieniły i urządziłam sobie łowy książkowe jakiś czas wcześniej. W każdym razie w czwartek wymknęłam się z ostatniego wykładu wcześniej, żeby już pierwszego dnia zobaczyć, co jest, a w piątek zabrałam ze sobą brata, niech się młódź uczy, gdzie chodzić i szukać książek.
Zatem w tym roku Z. wykpił się z szukania mi prezentów mikołajkowo-gwiazdkowych tanim kosztem, bo wyczaiłam sobie antologię dramatów Mishimy, tą, którą przeczytałam jakieś pół roku temu, a do tego „Jedwab” Baricco, który chodził za mną przynajmniej od pół roku.
Poza tym sama jak zawsze wzorem wygłodniałego psa rzuciłam się na książki z Miniatury i chociaż wyjątkowo było mało nowości, to ze wszystkich interesujących rzeczy – trzech tomów współczesnej poezji arabskiej i dwóch opracowań Rumiego – zdecydowałam się na sufickie aforyzmy Khana, wielce przyjemne w odbiorze. A tak naprawdę największą atrakcją jeśli chodzi o Miniaturę jest pan wydawca, człowiek bardzo serdeczny i kochający książki, z którym co roku ucinamy sobie chociaż krótką pogawędkę.
Żeby dopełnić miary mojej grudniowej rozkoszy, spotkało mnie bardzo cenne i wzruszające przeżycie, o którym nie napiszę, bo nie, a do tego dostałam nowe perfumy, a w piątek przyszła moja elegancka, czarna papierośnica, w związku z tym dziś nad bardzo burżujską czekoladą paliłam bardzo burżujskie fajki z jeszcze bardziej burżujskiej papierośnicy. Mała rzecz a cieszy, no.
Zaczął się też turniej UK Championship, który to od dzisiejszego popołudnia śledzę z namiętnym zainteresowaniem. Niestety początek był lekko drętwy, więc głównie skupiałam się na atrakcjach wizualnych tudzież kibicowaniu moim faworytom.
I właściwie przyszłam z kronikarskiego obowiązku donieść, co u mnie słychać, jako że przez najbliższy tydzień mam zamiar gnić przed telewizorem, a potem oddać się fantastycznemu zajęciu, jakim jest szukanie prezentów gwiazdkowych, a zaraz potem zlegnę w najszlachetniejszej pozycji czyli na wznak i będę czytać, czytać, czytać…
Czego życzę również wszystkim czytającym powyższe :D
 
 
Current Mood: satisfied
Current Music: Inoran, "Toki no Souretsu"
 
 
1) Jeden z powodów, dla których kocham Nawłaja
Niejako pod wpływem pomysłów dr E. dostałam kopa, żeby zabrać się za ficka. Zaprawdę, jest jedna, jedyna osoba na tym świecie, która ucieszy się z każdego podejrzanego pomysłu i dla której pisanie AU jest czystą przyjemnością, i jest to Nawłaj, cierpliwie znosząca pomysły głupie i głupsze, łącznie z niespodziewanymi telefonami z pytaniem o szlafmyce.
Od dwóch dni zajmuję się głównie szlafmycami, lumbago, dorożkami, a także matrymonialnymi planami ciotki Mildred, jej przyjaciółeczką Winifredą tudzież wujem Archibaldem, w związku z czym Tygi napisała mi onegdaj, że moje opisy przypominają jej Gombrowicza.
Ponieważ najważniejsze, żeby znać priorytety, w piątek odpuściłam sobie filozofię, tym bardziej, że Kartezjusz tak jakby nie dał się przeczytać w tramwaju, w związku z czym osiadłam w bibliotece, gdzie pobieżnie raczej sprawdziłam, czy w „Rodzinie Połanieckich” będą jakieś ciekawe fragmenty (nie było), o czym jest „Ta trzecia” (rozczarowanie, ale Sienkiewicz był jednak lepszym nowelistą niż powieściopisarzem), zrobiłam czwarte podejście do Dickensa (epic fail, co za beznadziejna tematyka, chociaż styl wcale niezły), poszukałam jednego wiersza Blake’a potrzebnego do ficka (był) i zakopałam się w historii Londynu (dwie godziny). Czuję się stworzona do pisania ficków, które wymagają siedzenia w bibliotekach, przyjemne z pożytecznym.
To nic, że – jak słusznie zauważyła Shikamu – po 14 stronach mam ledwie początek akcji.

Item cioteczki )
2) Wilgotny piwniczny labirynt
Przestanę jednak kurwić na dr E. Przez jego niedorzeczne pomysły na temat archiwizacji klnąc i utyskując we wtorek przeszłam się na dawne Przedmieście Odrzańskie celem dokonania inspekcji w kamienicy. To było stanowczo jedno z ciekawszych doświadczeń mojego życia. Wychowana w suchym, w miarę schludnym jednorodzinnym domku szeregowym na przedmieściu nie miałam najmniejszego pojęcia o mieszkaniach w kamienicach.
Prawdę mówiąc na sam widok elewacji ciekawej i stosunkowo ładnej, ale bardzo zniszczonej, robi się żal, że nikt nie troszczy się o takie zabytki. Potem klatka schodowa, potwornie brudna i obdrapana – a poza tym śliczne stare drewniane schody, z ażurowymi podstopnicami i rzeźbionymi tralkami. Oczywiście zniszczone, zamiast uszkodzonych tralek sztachety jak z płotu, wszystko pomalowane na ohydny brązowy kolor, idealnie pasujący do ohydnych beżowych ścian. Wilgoć, zapach zgnilizny i kurzu, mieszkańcy zgodnie twierdzący, że klatka nie jest już ich, więc nic z nią nie mogą zrobić, a poza tym za samowolne remonty w starym budownictwie, choćby w najlepszej wierze, są kary. Wysokie.
Oczywiście do klatki schodowej i na pogaduszki z mieszkańcami mogłabym się wybrać nawet bez polecenia ciecia E., ale na pewno nie zawracałabym sobie głowy łażeniem gdzie indziej, a tymczasem los zmusił mnie do przejścia się także do piwnicy i słowo daję, że była mroczniejsza i bardziej odrażająca od niejednej piwnicy z horroru. Ciąg wilgotnych labiryntów pod budynkiem, poprzecinany ścianami działowymi, wszędzie pajęczyny, odgłos wody kapiącej z nieszczelnych rur, trutka na szczury na nierównym klepisku podłogi. Fantastyczne tak długo, jak nie trzeba tam wchodzić.
No i obowiązkowa wycieczka na strych, bardzo jasny, przestronny, cholernie zimny, gdzie ślicznie było słychać szum deszczu na dachówkach (pani spod ósmego: a pewnie, że dach przecieka, pewnie, podstawiamy wiadro… a jaki grzyb, pani kochana). Poza tym bajer, bo w sumie pierwszy raz w życiu zobaczyłam więźbę dachową. To naprawdę cud, że coś takiego po dwóch wojnach jeszcze stoi.

3) Z rozmyślań o łajnie
Na fali tegoż korzystając ze ślicznej pogody w czwartek przespacerowałam się na drugie dawne przedmieście Wrocławia, tym razem Oławskie, z zachowanymi całymi ciągami XIX-wiecznych kamienic. Jest to absolutnie jeden z najbardziej urokliwych zakątków Wrocławia i czasem aż się smutno robi, że takie miejsce niszczeje, że nie dbają o to sami mieszkańcy.
Pamiętam zresztą jak pierwszy raz trafiłam na Trójkąt, wczesną wiosną wracając z biblioteki i w jaki niemal ekstatyczny zachwyt wprawił mnie widok zabudowy żywcem przeniesionej z zeszłego stulecia. To uczucie towarzyszy mi zawsze, ilekroć wracam na Traugutta, Mierniczą, Komuny Paryskiej, Kościuszki, a w czwartek dodatkowo ucieszyła mnie pogoda iście wiosenna, w sam raz chłodna, żeby dobrze się spacerowało, i w sam raz słoneczna, żeby było wszystko widać.
Zastanawia mnie tylko, czy to wszędzie jest tak, że kamienice przyciągają najgorszą melinę. Ja już pomijam, że nikt nie dba o same kamienice, bo powszechnie wiadomo, że polska mentalność nie zakłada dbania o dobro wspólne (czyli jak nie jestem u siebie, to naśmiecę, napluję, nakiepuję, podpiszę, zniszczę, w cudzym bloku, na cudzym osiedlu, na cudzej ławce w parku, jakby to wszystko nie było de facto nasze i dlatego zasługiwało na odrobinę szacunku), ale czy coś w, bo ja wiem, aurze miejsca się zachowało czy co? Dawne kroniki mojego miasta, które zgłębiam z prawdziwą przyjemnością, wspominają, że ulice na dawnych przedmieściach – Oławskim, Odrzańskim, Mikołajskim – przypominały bajora błota, ścieków, śmiecia i wszelkiej maści łajna. Idąc przez Trójkąt uznałam, że nic się nie zmieniło. Ja rozumiem, że ktoś ma psa. Ja rozumiem, że zabudowa XIX wieku nie przewidywała skwerków. Ale czy to jest powód, żeby rzut beretem od centrum wszystkie chodniki jak leci były konsekwentnie zasrane? Oczywiście psie gówno jest rozsmarowane na bruku jak się da, bo kto wdepnie, ten wyciera podeszwy w trotuar, bo co zrobić.
I niech mi ktoś teraz powie, jak mnie, człowieka przyzwyczajonego do zachowania minimalnego porządku wokół siebie, wrzucania śmieci do kubłów i odkładania rzeczy na miejsce, ma nie ogarniać dziki szał i chęć mordu za jednym zamachem na właścicielach i na ich pupilkach, co? Na pupilkach rzutem na taśmę, bo w sumie co pies winny temu, że jest psem, tylko właściciel ma mentalność buraka? Podobnie, żeby była jasność, kurwica mnie trzaska, jak nie można usiąść na murawie w parku, bo jest równomiernie pokryta psim łajnem, albo dlaczego cudzy pies ma srać na trawnik pod moim domem. Bo co, bo się komuś wydaje, że trawnik jest dla psa? I dlatego ja mam tolerować gnój w miejscu publicznym, tak?
Moja ciotka, właścicielka leciwego jamnika, na spacer z nim chodzi z woreczkiem i łopatką. Na osiedlu patrzą na nią jak na bohatera. Zastanawiam się, kiedy wreszcie ludzie przestaną traktować jak bohatera kogoś, kto zwyczajnie dba o porządek.
No, miało być o przyjemnym spacerze, a jest o gównie.

4) Z lektur
„Ostatnia konkubina” Lesley Downer była nudna niemożebnie i ktoś, kto miał czelność porównać tę książkę do „Przeminęło z wiatrem” powinien ją zjeść razem z okładką, za to „Plebejka” Schwarza jest śliczna. Poważnie. Jest w tej prozie jakaś wyważona elegancja, pewna dyskretna powściągliwość, która przemawia szczególnie silnie, jest coś urzekającego. Szkoda tylko, że taka krótka. No a poza tym nie rozstaję się z „Lalką” i bzdurami na studia. W ogóle powinnam jeszcze wrócić do Prusa, ale niestety poza „Lalką” i w porywach „Faraonem” pisał straszne ścierwo.
Zna ktoś jakieś dobre powieści XIX-wieczne?
 
 
Current Mood: creative
Current Music: Moje siorbanie gorącej herbaty
 
 

Advertisement

 
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l'arte!

Wiatr trzaskał niedomkniętą okiennicą, na poddaszu panował przenikliwy ziąb. W ciszy słychać było jedynie oddech ciężki, chrapliwy a wolny, i wycie wiatru północnego. Wtem dały się słyszeć szybkie kroki. Drzwi otworzyły się nagle i do nędznej izdebki wpadł Konstanty Fofanow, młody poeta. Zapadłe policzki, wytarty surducik i połatana mocno koszula wiele mówiły o majątku tego kapłana Apollina, ale tego dnia w mdłym świetle zmierzchu leżący na cienkim sienniku Franuch Pająkowski, druh jego szczery i najbliższy przyjaciel, dostrzec mógł na ustach poety uśmiech cyniczny i drwiący zarazem.
- Przyjęli moje poezje! – zakrzyknął, a w głosie jego więcej było goryczy niż radości triumfu nad pospolitym smakiem filistrów.
- Czy Sobowtóra? – zapytał Franuch, z trudem unosząc się w pościeli. Lica jego pokrywał rumieniec niezdrowy, jak piętno choroby.
Konstanty wyciągnął mieszek z pieniędzmi.
- Plugawa mamona za najdroższe memu sercu liryki! – Z dramatycznym gestem zwrócił się do przyjaciela. – Franuch! Pali mi ręce to grosiwo! Zabawmy się zatem za pieniądze tych fałszywych faryzeuszy Sztuki tak, jak oni zwykli to robić! Niech ich upodli nasza nędza i śmierć bliska!


[Shikamu przyjechała w piątek i pierwsze, co zrobiłyśmy, to zajęłyśmy się obejrzeniem „Fest on Parade” Buck-Ticka. Słowo daję, że Shikamu jest większym hardcorem niż ja, bo mnie interesował J co najwyżej, a z reszty wystarczyły mi kilkusekundowe migawki, żeby wiedzieć, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Słowo daję, że ten fangirl z wypiekami na twarzy obejrzał wszystko jak leciało. Potem wrzuciłyśmy szalenie zgniły moralnie, plugawy i wyjątkowo brudny – słowem, szalenie tró – giejowski film, Bangkok Love Story. Z wielkim entuzjazmem został powitany płatny morderca zakochujący się w niedoszłej ofierze, scena wygrzebywania kuli z rany za pomocą noża, no i rzecz jasna zmywanie z siebie poczucia grzechu po namiętnym seksie w kałuży. Wszystkim serdecznie polecam. Film, nie seks w kałużach, rzecz jasna.
W sobotę wstałyśmy dość wcześnie, przynajmniej jak na ludzi, którzy poszli spać o siódmej rano. Byłyśmy wielce tró, bo jakoś tak z łóżka bliżej było na podłogę niż do kuchni, zatem jadłyśmy obiad siedząc po turecku, z talerzami na podstawkach z dwóch książek, przed laptopem ustawionym na czterech słownikach, oglądając jakąś wybitnie słodką dramę z serii o Takumim. Głupio mi, ale jestem idealnym targetem yaoi, przynajmniej jeśli chodzi o takie dramy, gdzie jest wszystko to, co każdy fan gatunku lubi: głęboka miłość, poświęcenie, straszna tajemnica z dzieciństwa, szkolny playboy zakochujący się w szkolnym kopciuszku, tak, właśnie, szkoła i mundurki i dużo lentilków. Zabrakło tylko perwersyjnego sadomasochistycznego seksu, za to w końcowej scenie bohaterowi zamiast na wąskich szkolnych kozetkach leżą w oceanie białej satynowej pościeli, czyli tak zwanym łóżku ideologicznym. No a potem miałyśmy iść na koncert].

Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!

Bez żalu opuścili marmurowe sale gorejące blaskiem setek lamp gazowych, porzucili słodkie tony muzyki, jawiące im się jako chleb spleśniały pokryty jeno dla niepoznaki glazurą lukru, jak twarz wszetecznej dziewki toczonej trądem, a pokrytej białym pudrem.
Owo miasto stare nocą widziane, było jako cmentarzysko istnień i marzeń, zniszczone, zdeptane i plugawe. Weszli wreszcie do zadymionej, zawilgoconej kawiarni, gdzie wśród tanich sprzętów i poszczerbionych filiżanek, ubożuchnym swoim wyglądem mających naśladować wykwintne porcelany, usiedli na wytartej kanapce. Czekolada miała posmak zgnilizny, a dym fajeczek ranił ich płuca, tknięte gruźlicą. Franuch drżącą ręką wydobył z kieszeni swego paltotu tomik w wytartej okładce. Kartkował chwilę w milczeniu, co i raz tłumiąc kaszel, rozrywający mu piersi.
- Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna – przeczytał – w ten letni, tak piękny poranek: u zakrętu leżała plugawa padlina na ścieżce żwirem zasłanej.
Głos jego był słaby, jednak dziwna moc w nim tętniła. Franuch czytał z uczuciem, a na bladym jego czole pot się perlił. Konstanty uronił łzę. Bliskość śmierci przyjaciela nigdy mu jeszcze nie była tak wyraźną.

Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?
evviva l'arte!


[Oczywiście na koncert nie dotarłyśmy, ale czekolada W Biegu Cafe okazała się lepsza niż pamiętałam. Po drodze uzupełniłyśmy jeszcze zapas alkoholi i w związku z tym chciałabym powiedzieć, że Sakurai Atsushi jest chlorem do potęgi, bo nie rozumiem, jak można pić czerwone wytrawne wino, przysięgam, że gorszy od tego jest tylko kompot gruszkowy, za to chińskie białe wino śliwkowe było pyszne, to znaczy smakowało jak sok winogronowy i jak sok winogronowy wchodziło, natomiast sądząc po zapachu faktycznie leżało koło śliwek. Prawdopodobnie oglądałyśmy batikowe 13yh Floor, ale nic sobie nie dam uciąć, ponieważ widok Atsushiego wzbudził we nas ekstazę niemal religijną, zaczym oddałyśmy się praktykom z pogranicza alkoholowo-religijnych, znaczy wymyślaniem niestworzonych historii o Atsushim i piciu na umór. Więcej grzechów nie pamiętam, ale w niedzielę Shikamu przeleżała pół dnia na kacu. Chlor, nie xD?].

Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną
ognie przez Boga samego włożone:
więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
laurów za złotą nie damy koronę,
i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!

Konstanty spojrzał na twarz uśpionego przyjaciela. Wychudłe jego ciało drżało pod cienkim kocem, wypchana grochowinami poduszka poznaczona była plamkami ciemnej, zakrzepłej krwi. W izdebce unosił się zaduch choroby, nędzy ludzkiego żywota. Wolno sięgnął po podniszczony już tomik, z którym Franuch nie rozstawał się niemal nigdy. Przekartkował go wolno, aż natrafiwszy wreszcie na liryk szczególnie przezeń ukochany, tragicznym bólem przepojonym głosem, niby requiem zawczasu odmawiając, począł czytać Franuchowi hymny głoszące podłość ludzkiej egzystencji.


[Poza tym w niedzielę obejrzałyśmy jeszcze jakieś nieziemskie ścierwo o wdzięcznym tytule Itsuka no Kimi E. Traget yaoi, jak najbardziej, ale fabuła beznadziejna, motywacja bohaterów żadna, a do tego wykonanie słabe, minus dwóch czy trzech całkiem niebrzydkich chłopaczków.
Generalnie rzecz biorąc z zapałem bawiłyśmy się w umierających na suchoty, biednych i niezrozumianych poetów, mieszkających na poddaszu i znoszących ból egzystencji, zatem weekend mogę spokojnie uznać za zajebisty. Szkoda tylko, że nie miałam tużurka, ale za to burdel w pokoju zrobił się iście artystyczny].

Z rzeczy innych: mnie wystarczy wypuścić na jakiś zespół, żebym przy odrobinie zaangażowania prędzej czy później znalazła i skompletowała tyle koncertów i wszelkiej innej maści dóbr, ile tylko się da. Nie dalej jak dwa dni temu dokopałam się wreszcie do Brand New Chaos Luna Sea, w związku z czym chodzę pijana ze szczęścia posiadacza. Mało tego, jestem też na dobrej drodze do wywąchania, gdzie da się spiracić Beyond the Kingom Kisakiego, więc poza kilkoma książkami nie mogę powiedzieć, żebym miała jeszcze jakieś życzenia co do życia.
Przy okazji znalazłam sobie nową zabawkę, nareszcie mam jaki taki porządek w liście życzeń – przeniosłam moje marudzenie o tym, czego chcę, a czego jeszcze nie mam, na chce.to :D

Acha, na koniec. Gdyby się tak zdarzyło, że komuś uparcie nie odpowiadam na wiadomości, to nie dlatego, że go ideologicznie olewam, ale dlatego, że wywaliłam jego numer z listy gg, a mam port na ameby, więc. Nie gadamy ze sobą, nie mamy ze sobą nic wspólnego, a wkurwiają mnie nawet opisy na gg delikwenta(tki) – spadać w diabły.
I żeby nie pisać po nazwisku, ale osoby zainteresowane będą wiedziały, o kogo chodzi, moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Rozumiem, że ktoś mi może spamować fpage, bo ma takie życie a nie inne i za dużo wolnego czasu, rozumiem, że może mi spamować gg, shoutboxa, maila, cokolwiek, co nie jest inwazyjne, ale jak jeszcze raz dostanę kretyńską wiadomość o tym, że życie jest ciężkie, o ósmej rano, kiedy zazwyczaj śpię, to uczynię życie rzeczonego nieszczęśnika naprawdę ciężkim. Nie jestem punktem informacyjnym, żeby w środku nocy pisać, gdzie jest gabinet dziekana, bo ktoś zupełnie mi obojętny zawalił jakiś termin, ani nie jestem aż takim no-life'm, żeby z radością witać nudne raporty o tym, co kto miał na śniadanie. Pewnie, że mogę sobie wyciszyć telefon, ale mam kurwa kaprys zostawić dźwięk i mam do tego kaprysu pełne prawo (kurwa), więc BARDZO PROSZĘ KURWA PAMIĘTAĆ, ŻE NIE WSTAJĘ PRZED DZIESIĄTĄ i nie budzić mnie bez wyraźnej potrzeby tylko dlatego, że świat jest zły, życie ciężkie a ludzie głupi. Bo to, że są głupi, to akurat wiem i boleśnie jest mi to przypominane za pomocą smsów o ósmej rano.

Credits:
Oczywiście Konstanty Fofanow żył i miał się, mam nadzieję, źle, jak na prawdziwego poetę przystało, na przełomie XIX i XX wieku, znalazłam go w tomie wierszy symbolistów i akmeistów rosyjskich, którzy do spółki z Baudelairem wzbudzili w Shikamu największe zainteresowanie xD. Z racji posiadanej biblioteki czuję się bardzo dekadencka i wogle.Franuch Pająkowski w kawiarni czyta fragment "Padliny" Baudelaire'a w przekładzie Mieczysława Jastruna.
W roli Franucha Pająkowskiego wystąpiła gościnnie Shikamu.
 


 
 
Current Music: Moonspell, "DeKadence"
 
 
11 November 2009 @ 08:14 pm
Ząb mi rośnie.
Uważam, że w moim wieku to stanowczo nie na miejscu, żenujące i ogólnie wstydliwe, ale rośnie, co zrobić. Co prawda i Nawłaj, i Drago zdziwiły się, że tak późno, ale jeśli o mnie chodzi, wolałabym nie mieć żadnych dodatkowych zębów. Bez ósemek jestem równie mądra jak ci z ósemkami, z całym szacunkiem, a zachodu mniej. Poza tym obejrzałam sobie ten ząb. Wygląda ohydnie i na miejscu innych za nic nie chciałabym się spotkać z kimś, komu rośnie ząb. I to w takim miejscu.
Pocieszam się tym, że teraz będę mogła kupić sobie luksusowy i bardzo stylowy czarny gryzaczek z diamencikami, taki w kształcie tyłka Sugizo, na przykład.
Swoją drogą, Shadow mnie ostatnio zabiła oświadczeniem, że po wpisaniu w googla „tyłek Sugizo” pierwszym wynikiem jest link do mojego LJa. Żeby było śmieszniej – do notek dotyczących braku tyłka Inorana. Gdybym była bardziej przesądna i fanatyczna uznałabym, że to znak od Nieomylnego, że na pewno są parą. Ponieważ nie jestem ani przesądna, ani fanatyczna, zrobiło mi się strasznie głupio.

…Profeciak mnie właśnie wystraszyła na gg, chyba coś gorzej ze mną. Stosując terminologię naszej znakomitej grafomanki Bacarr, serce mi zamarło jak ścigany zając.

Tymczasem są ludzie, którym najwidoczniej mój ząb nie przeszkadza (albo o nim nie wiedzą) i w ten oto sposób w sobotę spotkałam się z Est na czekoladzie (:*) i spędziłam całkiem miłe popołudnie, jakkolwiek nie obrobiłyśmy dupy ani Hizumiemu, ani Hazukiemu, ani ogólnie nikomu, a w piątek wpadła do mnie Neimhalle (brawo, po całym roku niewidzenia, kiedy studiujemy w tym samym mieście ulicę od siebie, góra z górą się nie zejdzie…), teoretycznie tylko na obiad, praktycznie obejrzałyśmy prawie cały ostatni koncert Sadie, który okazał się zaskakująco dobry, aż byłam mile zaskoczona, i trochę Negi, stanowczo powinnam się przyjrzeć uważniej temu zespołowi. Mówiłam, że Neimhalle ma świetny gust do muzyki?
W czwartek zaś pojechałam do Opola na wagary, jakoś tak wyszło z potrzeby serca i kilku innych czynników. Wygląda na to, że etap poznawania Opola mam już za sobą, naprawdę spodziewałam się, że to takie większe miasto, mniej więcej jak Wrocław, a tu centrum można w pół godziny obejść.
Najciekawsze jest to wzgórze, gdzie znajduje się Wydział Filologiczny opolskiego uni. Sadząc po ilości tablic pamiątkowych poświęconych absolutnie wszystkiemu, całe wzgórze jest tak historyczne, jak nie jest cały Wrocław do kupy wzięty. I studnia, gdzie według legendy miał chrzcić jakiś święty, i pięć cegieł ze starego muru, i miliard tablic upamiętniających, że miejscu tym w roku x nocował y – słowem: przerost formy nad treścią i świadectwo jakichś wybujałych ambicji opolskiego uni, co byłoby śmieszne, gdyby nie to, że idą w to pieniądze studentów.

Chichocze tylko szpilka po śmieszce z Egiptu )

Obecnie rzeczywistość zdominowało mi nowe Deluhi, aż sama jestem zaskoczona, że taki dobry album nagrali i zupełnie nie rozumiem, czemu niektórzy się czepiają i wieszają psy, chociaż tak naprawdę najbardziej podoba mi się Lorelei xD. Wagner by się zdziwił xD.
Osiągam też moje prywatne szczyty fangirlizmu, nie dalej jak tydzień temu z wielkim nakładem cierpliwości spiraciłam 11 gb Fest on Parade Buck-Ticka tylko po to, żeby mieć Iconoclasm w wykonaniu J’a w bardzo ładnej jakości. To nic, że sam filmik z tego mam, że kawałek jest beznadziejny, a koncert piracił się tydzień, potrzeba obejrzenia J’a w nosem w monitorze bez pikselozy okazała się silniejsza. Przy okazji powinnam bardziej uważać na fangirlizm, zupełnie niechcący ściągnęłam sobie drugi raz Image or Real w VOB, nawet moja fantastyczna lista nie pomaga mi uniknąć powtórek.
Z rzeczy wstrząsających: zobaczyłam nóżki Inorana. Nie sądziłam, że kiedykolwiek posunie się do takiego braku przyzwoitości, ale tak, ubrał krótkie (szerokie na pół metra i kończące się trzydzieści centymetrów od gruntu) spodenki. Co prawda nie ma włochatych nóg i są słodko patyczkowate, ale tak czy siak ze zgorszenia omal nie spadłam z krzesła. A do tego oglądając PVkę do Can you hear it na moim cyniastym telewizorze o przekątnej szerokości zadu bawoła afrykańskiego zauważyłam, że z kołnierzyka wystaje mu nitka. Byłam oburzona takim niechlujstwem, ale Shikamu wyjaśniła mi, że to zamierzony efekt estetyczny, który ma poruszyć widzów. Mnie poruszył bardzo.
Fangirlzim na Inorana ma się dobrze. 
Wraca mi też faza na Riku, po ostatnim live Chariots Riku stanowczo utwierdził się na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy męskiej atrakcyjności w vk, a jego spam na blogu z piciem, kotami i zabawkami, pozbawiony jakiejkolwiek głębszej treści, tym bardziej mnie rozczula.

Poza tym wracam do szlachetnego zwyczaju sprawdzania kolejnych kawiarni, nie wiedzieć kiedy, we Wrocławiu powstało kilka nowych i czas poddać je wnikliwej ocenie. Powód mojej ciekawości jest bardzo prozaiczny: Lulu Cafe zrobiło się za bardzo oblegane i zaczyna odgrywać rolę miejsca spotkań ze wszystkimi, zatem szukam nowego miejsca „tylko-dla-siebie”. Jestem blisko, ale nie napiszę nic więcej.
Tymczasem w ramach poszukiwań napiłam się czekolady w poznańskiej Poema Cafe, o której pisałam jakiś czas temu, jednak za daleko mi trochę, opolskiej Molinari Cafe, gdzie mają bardzo dobrą czekoladę, ale za to w papierowych kubeczkach, co odpada na całej linii, Literatkę, gdzie dają straszny ulepek, ale da się znieść, czekoladę w Mleczarni, ongiś kultowej knajpie Wrocławia, miejscu tak obskurnym i wstrętnym, że nie wiem, jak można tam siedzieć dla przyjemności oraz niezbyt przytulną Uni Cafe, gdzie czekolada jest niezła i w fajnym kieliszku, ale jak na złość nie dają do niej spodeczka i jest raczej nieprzytulnie. Teraz czaję się na kolejne pięć kawiarni, może sześć, no i mam zamiar sprawdzić, na ile zmieniło się Moloko Cafe. Czuję, że trzeba będzie poprawić mój ranking czekoladowy.

Na koniec jeszcze słowo o książkach, ponieważ z racji choroby miałam dużo czasu na czytanie <3.
Książki, książki )

Acha, a nie wie ktoś, kiedy ma wyjść X tom Yami no Matsuei?

 
 
Current Mood: busy
Current Music: meth., "Change of Music"
 
 

Generalnie rzecz biorąc w węższym zakresie moja aktywność ogranicza się do leżenia i smarkania, w szerszym zaś do leżenia, smarkania, spania i czytania książek. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że zmogło mnie paskudne przeziębienie, czego najlepszym dowodem jest to, że po pierwsze nie chce mi się siedzieć przy kompie, a po drugie nie chce mi się palić. Czuję się naprawdę przygnębiona swoim stanem psychofizycznym.
Poleguję i snuję się pod domu w szlafroku na podobieństwo ducha pokutującego od niedzieli (co za idiotyzm, chorować w weekend, też coś), we wtorek powątpiewający błysk w oczach matki dał mi do zrozumienia, że w środę powinnam iść na zajęcia.
To oczywiste, że nie mogłam pozwolić sobie na szok bakteryjno-środowiskowy w takim wydaniu: po trzech dniach spędzonych na smarkaniu w łóżku i sennym bujaniu się na krześle, kiedy od leżenia szlag mnie już trafiał, niepodobieństwem było iść na zajęcia. W mojej Znamienitej Mieścinie wszystko już znam, w Opolu byłam niedawno, zatem wybór padł na Poznań, dosłownie w chwili olśnienia, kiedy patrzyłam na listę gg i nick Shikamu.

Nawet początkowe trudności obiektywne związane z wykopywaniem pietruszki, babcią, wczesną porą, pogodą, moimi rodzicami i setką innych drobiazgów nie mogły nam zatem stanąć na przeszkodzie. Uni wroc peel odesłał mi kasę, więc nie byłabym sobą, trzymając ją dłużej niż dwa dni przy sobie. No a Polskie Koleje Państwowe wspomagać trzeba, nie?
Jak na złość zapomniałam, że ciocia Gienia zamówiła mszę za babcię o jakiejś nieprzyzwoicie wczesnej porze, więc kiedy rano na palcach ześlizgnęłam się do kuchni, znalazłam w komplecie całą rodzinę. Ach, żadne słowa nie oddadzą ich zdumienia na mój widok, w pełnym rynsztunku wyjściowym. Oczywiście nikt nie dał się nabrać na to, że z racji dwóch dni opuszczonych muszę przed siódmą wyjść z domu celem udania się do biblioteki, coby przed wykładem prof. Harasimowicza zrobić sobie ksero materiałów do dra Krzywki, bla, bla. Matka obwąchała mnie jak pies myśliwski i uznała, że jestem zlana perfumami (nie byłam, to ten Silan do płukania tkanin) i że idę na randkę. Dobrze, że nie zachciało jej się zrobić mi rewizji bagażu podręcznego, już nawet nie w fajkach rzecz, a w tym, że jak każdy student mam jeden zeszyt do pisania lemonów, który przypadkowo jest też zeszytem na studia. Przypadkiem również jest to pozostałość mojego zeszytu do hiszpańskiego z zeszłego roku i tak też wygląda.
Rzecz jasna na pociąg wcześniejszy nie zdążyłam, bo jeszcze w progu matka mnie wróciła wypytać, jakie mam zajęcia i sprawdzić, czy nie zmieniła się wersja powodu tak wczesnego opuszczania domowych pieleszy. Co za brak zaufania wobec takiego wcielenia niewinności jak ja.
Na drugi pociąg biegłam sprintem, bo oczywiście zasiedziałam się w parku, pociąg oczywiście się spóźnił, ale tutaj wyczerpał się limit nieprzewidzianych wypadków, a dwie czy trzy wiadomości („Ja już jestem, poszłam do taniej książki i czytam poradniki seksualne”) utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Shikamu znajdę jak najgodniejszego kompana wagarów.
W Poznaniu o dziwo nie padało, o zapowiadała mściwa Sybilla w postaci mamy Shikamu.

Poszłyśmy tedy na spacer po Starym Mieście, złożyłyśmy hołd złotemu cielcowi w świątyni konsumpcji, przy okazji ustaliłyśmy plany na przyszłość, to znaczy kręcenie filmów porno z naciskiem na estetykę i fabułę, na koniec zaś poszłyśmy na czekoladę do przemiłej i wyjątkowo klimatycznej Poema Cafe, znacznie przytulniejszej niż Cacao Republic czy Lavenda Cafe naprzeciwko Fary. I zwracam uwagę na to, że mówię to ja, osoba z zasady nie przepadająca za wnętrzami kameralnymi, ciepłymi i przytulnymi. Ratanowe meble, piecyk drzewny, brązowy fajans czarek, do tego zapach czekolady, imbiru i cynamonu no i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna przyjemność rozmawiania z Shikamu.
Ja już pomijam fetyszystyczne pejcze, wpływ koloru wibratora na jakość doznań estetycznych oraz kwestie futurystycznego dizajnu, nawet nie chodzi o te papucie z penisami czy odnalezioną właśnie niszę rynkową w zakresie produkcji porno ani o to, że się wreszcie dowiedziałam, co to jest goatse (czy mi się wydaje, czy wyszłyśmy właśnie na bardzo monotematyczne?) ale o tak czarujące drobiazgi jak skutki picia w postaci schodzącej z pleców skóry i naprawdę przydatną wiedzę w postaci właściwości przeciwbólowych gryzionych goździków. I wiele innych. Kto zna Shikamu, ten wie.

Baw. Pożegnanie było bardzo wzruszające i bardzo poetyckie. Słowacki i Goethe mogliby się od nas uczyć. Brakowało jedynie pary z lokomotywy i skórzanego sakwojażu, ale nad tym postaram się jeszcze popracować.
Co prawda nie wylanserzyłam się w skórzaną kurteczkę jak Shikamu, ale najwidoczniej moje zarazki uznały, że to żaden powód i od czwartku dały o sobie znać, przez co dziś odpadło mi spotkanie z Kyote. Baw podwójne, chociaż nadal twierdzę, że wagary z Shikamu były warte zatkanego nosa, chrypy i temperatury.
A tak w zasadzie to nawet nie miałam zamiaru pisać dziś notki, jakoś tak samo wyszło. Pewnie jakbym leżała więcej zostałabym filozofem albo pisarzem. W przeciągu ostatnich pięciu dni przeczytałam trzy książki, nie licząc bzdur na studia, i wrócę chyba kultywować tę szlachetną tradycję.

Wszystkim czytającym życzę zdrowia i dobrego samopoczucia.

 

 
 
Current Mood: sick
Current Music: Tsuruta Kinshi, "Haru no Utage Yori"