Ostatnio moim największym problemem było to, czy wstawić jego zdjęcie w ramkę, żeby je mieć przed sobą, kiedy siedzę przy biurku, czy nie, bo się będę rozklejać. Wreszcie wyjęłam moją ulubioną pocztówkę z pogodnym niebem i zastąpiłam ją naszym zdjęciem, całej czwórki, starym, sprzed dwunastu lat. Do tej pory wydawało mi się, że dwanaście lat to dużo, w końcu połowa mojego życia. Okazuje się, że to jednak śmiesznie mało.
Rozklejam się, oczywiście, co zresztą było do przewidzenia, ale sama sytuacja nieźle ilustruje, do poziomu jakiego jamochłona zeszłam, skoro kwestia ramek i ich zawartości stanowiła dla mnie osobny, trudny do rozstrzygnięcia problem.
Ciekawe, jak ja zaliczę resztę sesji.
Zazwyczaj na smutki i smuteczki świetnie działały małe zakupy tudzież dobra czekolada. Czekolada była, w obrzydliwie cyniastym i eleganckim FlyBarze, w doskonałym towarzystwie Renaty, ale nie pomogło. Zakupy też były udane – cudem wygrzebana z kupki staroci w antykwariacie książka Retifa de la Bretonne, okazyjnie kupiona antologia Kubiak Ho-Chi, wreszcie trochę przypadkiem Tanizaki, którego obok Kawabaty Yasunarego lubię najbardziej spośród japońskich pisarzy. Nie pamiętam, żebym z którejś się ucieszyła. To samo ze snookerem – Welsh Open było, trwało, skończyło się, John Higgins tradycyjnie zgarnął tytuł, nawet mnie to nie obeszło.
To bardzo dziwny stan, być smutnym ze świadomością, że to nie tyle zmieni się w wyniku okoliczności, co po prostu kiedyś minie.
( Odmóżdżanie literackie )
( Dlaczego yaoi odmóżdża najlepiej na świecie )
I chciałam się poskarżyć, że fanki piszczą. Przez to, że piszczą, ja nie mogę sobie posłuchać porządnie jednego kawałka S.K.I.N., który wielce mi wpadł w ucho, bo przecież człowiek ma ochotę pieprznąć czymś ciężkim w głośnik, żeby się jedna idiotka z drugą wreszcie kurwa zamknęły, od czego niszczy mi się zdrowie i nerwy. A przynajmniej mogę tak sobie napisać.
( Picspam yaoistyczny na odmóżdżenie )
Z wniosków, na podsumowanie ostatniego tygodnia: jeśli wierzyłam, że rodzice zazwyczaj wspierają swoje dzieci – myliłam się, byłam w błędzie. Jeśli gdzieś tam tkwiło takie moje wewnętrzne, głęboko zakorzenione przeświadczenie, że nie zostawia się swoich dzieci w trudnych chwilach – owszem, zostawia się, usprawiedliwiając to wyższym dobrem bez względu na okoliczności. Jeśli nawet myślałam, że są pewne granice samotności, których się nie da przekroczyć – owszem, da się. Fizycznie też można to przeżyć, tylko w środku coś się kończy, przychodzi świadomość, że jeszcze bardziej oddala się od tak zwanych bliskich. Osławione dawanie wolności przez rodziców działa w dwie strony: jeśli ja mogę robić, co chcę, oni też. Okazuje się, że za granicą tej wolności nie ma niczego innego poza samotnością. Tak, mogę zrobić wszystko, co zechcę, ale właśnie bardzo boleśnie dano mi do zrozumienia, z konsekwencjami będę radzić sobie sama i nikt mi nie pomoże – wszystko jedno, czy coś stało się z mojej czy z cudzej winy. I z tego wszystkiego najbardziej boli mnie to, że nie ma znaczenia, jak ja się czuję, ponieważ i tak nie mam racji i jest to mój problem, oraz to, że chociaż nikt mnie nie pytał o zdanie, muszę ponosić konsekwencje cudzych wyborów.
To by było na tyle w temacie emocjonalnej zależności od rodziców i wsparcia ze strony najbliższych.
Random:
1) Załamałam się nad zdjęciami nowego projektu Juna z Mago, niech go zaraza zdusi, zawsze wiedziałam, że facet nie ma gustu, ale nie dość, że Spiv States muzykę ma gównianą, to jeszcze źle wygląda. Tylko Ioriego szkoda.
2) Kot zjadł mojego herbatnika.
Może jeszcze trochę kota i jego mamy, kiedy śpi.
3) Mam nowy życiowy cel. Chcę zostać Honorowym Członkiem Stowarzyszenia Hodowców Kur Ozdobnych.
