Generalnie rzecz biorąc w węższym zakresie moja aktywność ogranicza się do leżenia i smarkania, w szerszym zaś do leżenia, smarkania, spania i czytania książek. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że zmogło mnie paskudne przeziębienie, czego najlepszym dowodem jest to, że po pierwsze nie chce mi się siedzieć przy kompie, a po drugie nie chce mi się palić. Czuję się naprawdę przygnębiona swoim stanem psychofizycznym.
Poleguję i snuję się pod domu w szlafroku na podobieństwo ducha pokutującego od niedzieli (co za idiotyzm, chorować w weekend, też coś), we wtorek powątpiewający błysk w oczach matki dał mi do zrozumienia, że w środę powinnam iść na zajęcia.
To oczywiste, że nie mogłam pozwolić sobie na szok bakteryjno-środowiskowy w takim wydaniu: po trzech dniach spędzonych na smarkaniu w łóżku i sennym bujaniu się na krześle, kiedy od leżenia szlag mnie już trafiał, niepodobieństwem było iść na zajęcia. W mojej Znamienitej Mieścinie wszystko już znam, w Opolu byłam niedawno, zatem wybór padł na Poznań, dosłownie w chwili olśnienia, kiedy patrzyłam na listę gg i nick Shikamu.
Nawet początkowe trudności obiektywne związane z wykopywaniem pietruszki, babcią, wczesną porą, pogodą, moimi rodzicami i setką innych drobiazgów nie mogły nam zatem stanąć na przeszkodzie. Uni wroc peel odesłał mi kasę, więc nie byłabym sobą, trzymając ją dłużej niż dwa dni przy sobie. No a Polskie Koleje Państwowe wspomagać trzeba, nie?
Jak na złość zapomniałam, że ciocia Gienia zamówiła mszę za babcię o jakiejś nieprzyzwoicie wczesnej porze, więc kiedy rano na palcach ześlizgnęłam się do kuchni, znalazłam w komplecie całą rodzinę. Ach, żadne słowa nie oddadzą ich zdumienia na mój widok, w pełnym rynsztunku wyjściowym. Oczywiście nikt nie dał się nabrać na to, że z racji dwóch dni opuszczonych muszę przed siódmą wyjść z domu celem udania się do biblioteki, coby przed wykładem prof. Harasimowicza zrobić sobie ksero materiałów do dra Krzywki, bla, bla. Matka obwąchała mnie jak pies myśliwski i uznała, że jestem zlana perfumami (nie byłam, to ten Silan do płukania tkanin) i że idę na randkę. Dobrze, że nie zachciało jej się zrobić mi rewizji bagażu podręcznego, już nawet nie w fajkach rzecz, a w tym, że jak każdy student mam jeden zeszyt do pisania lemonów, który przypadkowo jest też zeszytem na studia. Przypadkiem również jest to pozostałość mojego zeszytu do hiszpańskiego z zeszłego roku i tak też wygląda.
Rzecz jasna na pociąg wcześniejszy nie zdążyłam, bo jeszcze w progu matka mnie wróciła wypytać, jakie mam zajęcia i sprawdzić, czy nie zmieniła się wersja powodu tak wczesnego opuszczania domowych pieleszy. Co za brak zaufania wobec takiego wcielenia niewinności jak ja.
Na drugi pociąg biegłam sprintem, bo oczywiście zasiedziałam się w parku, pociąg oczywiście się spóźnił, ale tutaj wyczerpał się limit nieprzewidzianych wypadków, a dwie czy trzy wiadomości („Ja już jestem, poszłam do taniej książki i czytam poradniki seksualne”) utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Shikamu znajdę jak najgodniejszego kompana wagarów.
W Poznaniu o dziwo nie padało, o zapowiadała mściwa Sybilla w postaci mamy Shikamu.
Poszłyśmy tedy na spacer po Starym Mieście, złożyłyśmy hołd złotemu cielcowi w świątyni konsumpcji, przy okazji ustaliłyśmy plany na przyszłość, to znaczy kręcenie filmów porno z naciskiem na estetykę i fabułę, na koniec zaś poszłyśmy na czekoladę do przemiłej i wyjątkowo klimatycznej Poema Cafe, znacznie przytulniejszej niż Cacao Republic czy Lavenda Cafe naprzeciwko Fary. I zwracam uwagę na to, że mówię to ja, osoba z zasady nie przepadająca za wnętrzami kameralnymi, ciepłymi i przytulnymi. Ratanowe meble, piecyk drzewny, brązowy fajans czarek, do tego zapach czekolady, imbiru i cynamonu no i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna przyjemność rozmawiania z Shikamu.
Ja już pomijam fetyszystyczne pejcze, wpływ koloru wibratora na jakość doznań estetycznych oraz kwestie futurystycznego dizajnu, nawet nie chodzi o te papucie z penisami czy odnalezioną właśnie niszę rynkową w zakresie produkcji porno ani o to, że się wreszcie dowiedziałam, co to jest goatse (czy mi się wydaje, czy wyszłyśmy właśnie na bardzo monotematyczne?) ale o tak czarujące drobiazgi jak skutki picia w postaci schodzącej z pleców skóry i naprawdę przydatną wiedzę w postaci właściwości przeciwbólowych gryzionych goździków. I wiele innych. Kto zna Shikamu, ten wie.
Baw. Pożegnanie było bardzo wzruszające i bardzo poetyckie. Słowacki i Goethe mogliby się od nas uczyć. Brakowało jedynie pary z lokomotywy i skórzanego sakwojażu, ale nad tym postaram się jeszcze popracować.
Co prawda nie wylanserzyłam się w skórzaną kurteczkę jak Shikamu, ale najwidoczniej moje zarazki uznały, że to żaden powód i od czwartku dały o sobie znać, przez co dziś odpadło mi spotkanie z Kyote. Baw podwójne, chociaż nadal twierdzę, że wagary z Shikamu były warte zatkanego nosa, chrypy i temperatury.
A tak w zasadzie to nawet nie miałam zamiaru pisać dziś notki, jakoś tak samo wyszło. Pewnie jakbym leżała więcej zostałabym filozofem albo pisarzem. W przeciągu ostatnich pięciu dni przeczytałam trzy książki, nie licząc bzdur na studia, i wrócę chyba kultywować tę szlachetną tradycję.
Wszystkim czytającym życzę zdrowia i dobrego samopoczucia.
Baaw.
Rozlazła jestem strasznie, siedzę w piżamie, smarkam, kaszlę i generalnie marudzę na wszystko poza kolorem mojego niebieskiego szlafroczka w ultragroźne, zajebiście mroczne uśmiechnięte chmurki. Przeziębienie dopadło mnie w weekend, zatem zamiast siedzieć na tyłku i pisać ficki o tym, jaki Inoran jest zajebisty i dlaczego, zwisam z krzesła przed kompem, bo od leżenia dostaję nerwicy i wkurwa. No i przyszłam pospamować tutaj.
Zaczęło się od tego, że w sobotę postanowiłam zafarbować sobie spodnie. Jakby mi ktoś powiedział, że to będzie tak czasochłonna operacja, to zastanowiłabym się dwa razy. Nic jednak nie zwiastowało dwóch godzin wyrwanych z życiorysu, gdy z zapałem rozbełtałam barwnik w ciepłej wodzie, jak instrukcja nakazała. O tym, żeby zrobić to w rękawiczkach nie pomyślałam, więc opłukawszy ręce zauważyłam, że wyglądam, jakbym wyszła z kopalni, skąd wynosiłam węgiel garneczkiem. Garneczek nadal jest lekko szarawy, chociaż szorowałam go uczciwie wszystkim, co znalazłam w domu, łącznie z szamponem do dywanów.
Postawienie na gazie piętnastolitrowego gara nie było aż tak trudne, jak się spodziewałam. Kolejne czterdzieści minut ciągle mieszając doprowadzałam portki do wrzenia. Po tym czasie musiałam przetrzeć żarówkę w kuchni, bo tak zaparowała, że nic nie było widać, a akurat przyszła Renata z urodzinowym ciastkiem, więc miałam motywację. Portki zgodnie z instrukcją pyrkały sobie na wolnym ogniu kolejne pół godziny. Mojemu kotu od wilgoci w powietrzu poskręcały się wąsy.
Ostatni etap był najtrudniejszy, jako że miałam dodać garść soli na każdy litr wody. Powstrzymałam się przed odmawianiem pogańskich zaklęć, całą ufność pokładając w Panu, a zadanie było o tyle trudne, że w jednolicie zafarbowanej na czarno powierzchni kuchenki musiałam odnaleźć ciemnobrązowy garnek z czarnymi spodniami w czarnej farbie. Plus opary rodem z koncertu każdego szanującego się zespołu jrockowego. Portki z zalewie solnej gotowały się następne pół godziny, a ja w tym czasie deliberowałam, jak wynieść to wszystko na dwór, żeby się ostudziło (Shikamu: Gargamel chyba coś takiego kiedyś robił, zastanawiałam się co on tam miesza w garze, a on togę farbował!).
Spodnie stygły dwa kwadranse, a w tym czasie ja próbowałam zeskrobać farbę ze wszystkich płaskich powierzchni w promieniu metra od palnika. Kopystka nadal zachowała szlachetny odcień machoniu.
Płukanie zajęło mi kolejne dwa kwadranse.
Cała operacja trwała blisko trzy godziny i Renata trzeźwo stwierdziła, że gdybym przepracowała je w kopalni, co sugerował mój wygląd, mogłabym sobie kupić nowe i przestać się wygłupiać. Łatwo powiedzieć. Na koniec polałam zlew kwasem, żeby wyżarł farbę, wyjaśniłam rodzicom, że szara kuchnia to najnowszy krzyk mody i modliłam się, żeby nie kazali mi tego sprzątnąć dokładniej.
Wypłukane, wysuszone i odprasowane spodnie, faktycznie znacznie ciemniejsze niż przed całą operacją, okazały się być ciasne jak wszyscy diabli i z przyjemnie luźnych zrobiły się podejrzanie opięte. Mam nadzieję, że to jedynie zasługa urodzinowego ciastka.
Dodatkowym bonusem była darmowa sauna w kuchni i kot, który upodobnił się do pudla. Zanim następnym razem zafarbuję cokolwiek, to się poważnie zastanowię.
Niestety o dwanaście godzin za późno pomyślałam, że spacerek w samej kurtce na stację po fajki i z powrotem zaraz po wyjściu z parówki, to nie był najszczęśliwszy pomysł. Tym sposobem od niedzieli kultywuję szlachetną cnotę milczenia, bo w gardle mam jedną ranę, przez co nie mogę się śmiać, Drago świadkiem, a i stan umysłowy pozostawia sporo do życzenia.
W związku z czym byczę się w domu i poświęcam czas na to, co powinno mi przynieść ulgę i pocieszenie, to znaczy oglądam po siedem do dziesięciu minut koncertów Luna Sea, które aktualnie mam na dysku. Image or Real mogłam sobie odpuścić, na widok Ryuichiego w ażurowej serwetce pod telewizor przetykanej brokatem podskoczyła mi temperatura, a J w wersji bardzo ciężki visual wzbudził we mnie dziki a niepohamowany entuzjazm, co niemal przypłaciłam życiem, bo dostałam takiego ataku kaszlu, że niejeden gruźlik by się nie powstydził.
Z rzeczy mniej wesołych: stłukł mi się mój kubek z OTP, który rok temu dostałam od Marik. Ot, półka się oberwała, kiedy mama wstawiała kubki do szafki. Nieoficjalnie. Oficjalnie to moja wina, ponieważ umyłam kubki i postawiłam je na suszarce, gdzie stały też kubki mamy i Z., a, jak się dowiedziałam, to nie była pora na mycie naczyń. Co wszelako pozostawię bez komentarza.
Inna sprawa, że mam nadal cztery kubki, z których używam raptem dwóch, ale zawsze jest okazja, żeby sobie pomarudzić.
I na koniec mam takie pytanie otwarte. Czy ktoś może zetknął się z książkami „Ostatnia konkubina”, „Czysta ziemia”, „Plebejka”, „Córki Ipponu nie płaczą” albo „Ulica tysiąca kwiatów” i może mi coś powiedzieć na ich temat tudzież zarekomendować? Szukam jakiejś przyzwoitej powieści, żeby wrócić do równowagi po tym ścierwie Bacarr. Btw, ostatnio w Empiku będąc zauważałam wyeksponowaną jej ostatnią powieść, tytułu nie pomnę, ale akcja rozgrywa się w wojennej Europie. Opis umieszczony z tyłu na okładce liczył sobie mniej więcej trzy zdania i na jego podstawie w ciemno mogę przewidzieć, o czym będzie książka: bohaterka zalicza każdego faceta, który pojawi się na kartach powieści, realizmu zero, za to dużo luksusu i pieprzenia się bez opamiętania w klubach mniej lub bardziej tajnych, ale zawsze bardzo ekskluzywnych i tajemniczych. Fabuły żadnej, no bo po co, ewentualnie jakieś naciągane poszukiwanie prawdziwej miłości. Słowo daję, że już Fanny Hill miała lepszą motywację.
Zastanawiające jest tylko, dlaczego niektóre autorki zdają się zapominać, że powieść nie jest ciekawa, frapująca i erotyczna, kiedy na każdej stronie epatuje się seksem. Ciekawe, że jeszcze się nikomu nie znudziło…
PS. A propos seksu.
( Krawiecki lemon z pompką rowerową i proszkiem kisielowego )
A propos ficków zaś, szukam starych, zajebistych słów. Z nowych, jakich się ostatnio nauczyłam, to pawiment. A przy okazji, mówiłam, kurwa, że te pieprzone lornetki jakoś się nazywały. Wiedziałam. Natrafiłam na to przy okazji czytania komedii Wilde’a. Lorgnon.
Idę się położyć i dogorywać z godnością, znowu mi temperatura skoczyła. Może to brak J’a?
edit: W ramach poprawy nastroju postanowiłam sobie zrobić durny quiz. Quiz okazał się być durny nie tlyko dlatego, że miał mi powiedzieć, jakim członkiem Gazette jestem, ale dlatego, że wyszedł mi Uruha. Dowiedziałam się, kurwa, prawdy o sobie: You are a bit of a slacker, but you know when and where to draw the line. You tend to be lazy, but you don't admit it. You probably like club games and you don't get things quickly. You aren't the smartest person in the world, but that doesn't bother you. [Wali głową w ścianę]. You don't take samll things too seriously which is good.
Przysięgam już nigdy nie robić żadnych cholernych testów jak jestem chora, nawet z pomocą Prophet. Tyle dobrego, że Uruha się chociaż ubiera normalnie. I nie, nie chcę wiedzieć, jeśli miał jakieś straszne wpadki odzieżowe. Jestem chora w końcu, nie?
A dla mojego taty czymś takim są wykałaczki.
Ja bym się nawet nie czepiała, ale co jakiś czas słyszę, że jestem strasznym bałaganiarzem i jak ja tak mogę, zatem słusznie krew się we mnie burzy, kiedy znajdują złamane (!!), jako że podobno za długie są, poobgryzane patyczki. W zasadzie to, że znajduję je w kuchni na stole, na półkach różnego przeznaczenia, na stole przed telewizorem czy na lustrze w łazience złości mnie, ale nie zaskakuje.
Wszelako przedwczoraj znalazłam złamaną wykałaczkę na mydelniczce pod prysznicem, a kolejną – uwaga! – w dziurze na śrubkę przy nodze od fotela. Fotel klekotał podejrzanie, a jako że wiem, że śrubki w nim mają tendencję do wypadania, pracowicie zaczęłam ją wkręcać. Kiedy weszła cała, dla pewności pociągnęłam, a śrubka radośnie wyskoczyła z dziury. Razem z wykałaczką. Ułamaną.
Zastanawiam się, kiedy znajdę wykałaczki u siebie w łóżku, bo jak na razie mój pokój jest jedyną ostoją bezwykałaczkowej przestrzeni w tym zwariowanym domu.
Cieszę się jedynie, że żadne wykałaczki nie plączą się dookoła mnie, chowając się we włosach czy w kieszeniach, o narobiłabym sobie nielichego obciachu na spotkaniu z Drago w zeszłą sobotę. Jakoś tak to się dziwnie składa, że zaplanowane spotkania nigdy nie dochodzą do skutku, ale że w piątek Renata przypomniała sobie, że ma zajęcia w weekend, zatem zostawiła mi wolne popołudnie, a Drago w środku nocy przed południem napisała o tym, jakie cechy mają wrocławskie gołębie, co po dłuższym namyśle zinterpretowałam jako to, że ściągnęła wreszcie do grodu Wrocisława, nie było na co się oglądać i w ekspresowym tempie zebrałam się do kupy i poleciałam do centrum.
Na szczęście miałam za mało czasu na to, żeby się zdenerwować i przerazić tym, że na pewno zrobię z siebie idiotę. Potem miałam tego czasu jeszcze mniej, bo na czekoladzie w Lulu (dają ciała trzeci czy czwarty raz, nie wiem, co się dzieje i szukam innego lokalu na miejsce stałych spotkań) oczywiście mogłyśmy się już denerwować tylko tym, że Inoran się nie rozbiera. Poza tym jeśli kiedykolwiek wydawało mi się, że Drago jest groźna, to moje wyobrażenia szlag trafił, kiedy starała się jednocześnie mówić i oglądała zdjęcia Luny na mojej komórce, z porażającą dwusekundową regularnością przerywając słowa takim mruczącym „ouuuu”. Nareszcie dowiedziałam się, jak sama muszę brzmieć, kiedy zamiast koncentrować się na tym, jakie wydaję odgłosy, koncentruję się na odgłosach J’a, na przykład.
Niech mnie teraz patron studentów ma w swojej opiece, bo nie mam pojęcia, czy teraz nadal mogę wagarować tak, jak wcześniej xD, a pokusy są znaczne, bym powiedziała.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zwagarowała już na początku roku akademickiego – i już nie chodzi nawet o to, że spóźniłam się na własną immatrykulację – ale że przez drugi tydzień października trwał szkocki turniej rankingowy Grand Prix, w żaden sposób nie mogłam uczęszczać na zajęcia.
Niektóre spotkania były nudne i nawet ja to muszę przyznać, inne trzymały mnie w napięciu jak mało co (zwłaszcza półfinał między Robertsonem i Higginsem, zgodnie okrzyknięty najbardziej dramatycznym i pełnym napięcia spotkaniem przy snookerowym stole w przeciągu ostatnich kilku lat), ale największym zaskoczeniem było to, że Neil faktycznie wygrał turniej, co mnie bardzo, bardzo ucieszyło, choć nie ukrywam, że spodziewałam się finału Ding x Higgins, przynajmniej po formie, jaką obaj prezentowali przez cały turniej.
W tym tygodniu też nie narzekałam na nadmiar wolnego czasu: w poniedziałek zajęcia do dwudziestej, nie wiem, czyj to pomysł, we wtorek do dwudziestej bujałam się po mieście z Łukaszkiem, który musiał sobie kupić nową kurtkę. W środę uznałam, że nie ma co kultywować japońskiej tradycji zmieniania szat w zależności od daty, a nie pogody i pojechałam na zakupy sama, więc wróciłam do domu jeszcze później, ale za to z nową kurteczką. Ponieważ w czwartek było mi już ciepło, a poza tym tramwaje się zepsuły, co było niewątpliwym Znakiem, pojechałam do Drago na wagary.
Jedynie w piątek byłam w domu stosunkowo wcześnie, ale nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zahaczyła o antykwariat.
Antykwariat w tym miesiącu dostarcza mi niemałych wzruszeń. Moi rodzice zresztą też, bo są wyjątkowo chętni do książkowego sponsoringu. W tym miesiącu poza różnymi drobiazgami udało mi się znaleźć prawdziwy rarytas: antologię opowiadań i nowel japońskich, tę z 1986 roku w opracowaniu Melanowicza. Fakt faktem, że czytałam lepsze antologie, że czytałam w ogóle lepsze (to znaczy mniej ponure i bardziej zrozumiałe z kulturowego punktu widzenia) opowiadania japońskie, ale ta książka to rzadkość, więc był przynajmniej jeden powód, dla którego warto było wyczarować gotówkę.
Z książek poza tym należałoby wspomnieć o dwóch: pierwsza to „MonaLisa Turbo” Gibsona, która nadal nie daje mi o sobie zapomnieć, a to już miesiąc, odkąd ją przeczytałam, bardzo intrygująca „W pogoni za obcym głosem” Taichiego Yamady, tego od „Obcych”, którą właśnie czytam i coś, na co trafiłam w zeszłe wakacje, a teraz miałam okazję mieć w rękach. „Blond gejsza” Jiny Bacarr.
„Blond gejsza”. Już samo to powinno obudzić podejrzenia. Jeśli nie budzi, to tym gorzej.
Ja się nie będę czepiać języka, braku fabuły, szablonowych postaci bez charakterów i totalnego braku konsekwencji. Może niektórych czytelników – a zaznaczam, że to bestseller w Ameryce – coś takiego nie obraża. Inna sprawa, że aspirujące do miana poetyckich porównania w stylu serca, które ze strachu zamiera na moment jak ścigany przez psy zając dostarczyły mi niezłej rozrywki, ale żeby docenić taką grafomanię przepłakałam pierwsze pięćdziesiąt stron. Gwoli ścisłości dodam, że w ciągu kolejnych pięćdziesięciu nic się nie działo, to znaczy główna bohaterka chce zostać gejszą, chociaż jest Amerykanką, z różnych przyczyn nie może, a życie wystawia ją na różne pokusy w postaci mężczyzn. Ile razy na kartach powieści pojawia się jakiś mężczyzna, wszystko jedno, czy rikszarz, czy podejrzany cudzoziemiec, czy japoński baron, nasza bohaterka na pewno będzie mokra od pasa w dół tak konsekwentnie, jakby właśnie wyszła spod prysznica. Domyślam się, że ma to nadać powieści klimatu erotycznego, zmysłowego i kuszącego, ale zamiast tego mamy nudny i przewidywalny schemat intryg. Ekhem.
Wydawało się komuś, że w estetyka japońska ceni sobie subtelność i niedopowiedzenie? A skąd, wszystkie gejsze są wulgarne, dosadne i dosłowne. Spotkał się ktoś ze stereotypem japońskiej grzeczności, znaczeniem etykiety albo powściągliwością? Nasza dzielna autorka zaraz obali te wszystkie mity, tak z gejsz, jak i ich klientów czyniąc ludzi z poziomem kultury podobnym do przekup na targu. Nie obrażając przekup.
Myślał ktoś, że gejsze to przede wszystkim artystki, a seks nie wchodzi w zakres ich obowiązków, ale raczej przywilejów? Że mężczyźni nie mają wstępu do okiya? Że kimona dobiera się kolorystyką i motywem do pory roku? Albo że żeby zdjąć kimono nie wystarczy rozwiązanie samego obi? Że obi jako takie jest ciężkie i długie, zatem zerwanie go jednym szarpnięciem graniczy z cudem? Proszę porzucić mrzonki, gejsze snują się półnagie w przezroczystych niemal kimonach, spod których, jak przystało na Japonki, wylewają się ich obfite biusty, okiya można śmiało porównać do haremu, a przekraczający jego próg mężczyźni znajdują się nagle w świecie seksu, seksu, seksu i jeszcze raz seksu, gdzie jak przystało na Japończyków, dumnie prezentują swoje wielkie penisy. A co! O pracy i nauce nikt tam nie słyszał, a wszystkie maiko, jak leci, zawsze, nawet do świątyni chodzą w wieczorowym stroju wyjściowym. To nic, że biegać za bardzo się w tym nie da, jako że kimono samej maiko waży czasem nawet dwadzieścia pięć kilo, a chodzenie w geta na wysokich platformach do najwygodniejszych nie należy.
Mamy rok pański 1892, zatem purytańska amerykańska moralność ma się całkiem dobrze, ale to nic, nasi bohaterowie nie mają o tym bladego pojęcia, niezależnie od wszystkiego prezentując świadomość seksualną godną ludzi XXI wieku, bogatych w doświadczenia rewolucji seksualnej lat 60 ubiegłego stulecia. Rok 1892, a więc restauracja Meiji w rozkwicie i co? I mamy feudalnych panów w garniturach, którzy noszą pod nimi krótkie miecze wakizashi, a zachowują się mniej więcej jak amerykańskie nastolatki.
Dowiadujemy się zatem, że bodhisatthwa Kannon to Kwanon, baron nazywa się Tonda-sama (pytanie za pięć punktów: jak wymówi to Japończyk?), główna bohaterka to Kathlene (pytanie za dziesięć punktów: jak Japończyk nie połamie sobie na tym języka?) a Japonki nie golą brwi, tylko rzęsy. Zadanie konkursowe: niech sobie ktoś spróbuje ogolić rzęsy. Nie chcę nawet wnikać, czy dupy dała autorka czy tłumacz, ale gniot poszedł w ludzi.
Nie mam nawet siły czepiać się tej ksiązki. Natomiast bardzo głęboko zastanawiam się nad tym, dlaczego ja mam kompleksy na punkcie wierności historycznej czy jakiekolwiek innej moich ficków, skoro znacznie gorsze bzdury niż te, które ja wypisuję, można spokojnie wydać i sprzedać w kilkumilionowym nakładzie.
Poza tym słucham sobie nowej muzyki od Shadow i jak na razie wydaje mi się, że mam pretendenta do tytułu Ścierwa Roku. Drago zadała mi tylko jedno pytanie: „A czego mogłaś się spodziewać po projekcie ludzi z Psycho le Cemu?”. Prawda, nie spodziewałabym się niczego dobrego, ale Dacco przekroczyło moje najśmielsze braki oczekiwań.
No, a teraz bardzo długie i nikomu do niczego niepotrzebne meme od
( Bardzo długie meme z którego ciekawe są tylko pytania 189-203 )
W czwartek jechałam tramwajem. W piątek i dzisiaj też co prawda jechałam tramwajem, wszak moje życie jest tak pozbawione sensu, radości i choćby jaśniejszego promyka nadziei. Wszystko przez to, że jestem niska i ludzie mi zasłaniają okna. Takie jest właśnie nasze życie, staczamy się na dno egzystencji jak na podłogę tramwaju…
W czwartek jechałam tramwajem i patrząc na tych wszystkich ludzi, na ich twarze, na ich puste spojrzenia, pomyślałam, że wszyscy oni walczą z życiem jak z szarpnięciami w tramwaju, starają się zachować równowagę i nie dać się, nie dać się pędowi. Czy to ma sens? Czy to jest warte takiego wysiłku? Na co zda się cała ta szarpanina z żółtymi poręczami? Moje życie nie ma sensu i wiem, że nie mam po co z tym walczyć, dlatego ile razy tramwaj szarpnął, czułam, jak upadam coraz niżej i niżej w otchłań mojego smutku. Nienawiść na twarzach ludzi, wiem, że nikt z nich nigdy mnie nie zrozumie, nie pojmie mojej wrażliwości… Patrzyłam w szybę zapłakaną deszczem i czułam, że po mej twarzy też płyną strumienie łez… a może to tylko deszcz spłukiwał ślady ostatniego uśmiechu, jakim pożegnałam w domu mojego różowego, pluszowego króliczka…? Albo wysiadłam na przystanku koło uczelni aby podjąć nierówną i skazaną na porażkę walkę z kolejnym pustym i szarym dniem, którego nic nie zmieni…
Ci, którzy mnie nie rozumieją, powiedzą, że pieprzę i będą się śmiać… jak dobrze, że chociaż wy macie trochę radości w życiu… tak, nikt mnie nie rozumie, ale jednak dobrze mi z tym, na wieki chowam skarby mej duszy i cieszę się tymi okruchami szczęścia, które czasem spotykam na swojej drodze…
Czas na zajęciach płynął wolno, wypełniając me serce smutkiem i szarością. Po zajęciach poszłam cierpieć w świątyni konsumpcji, mijać obojętnym krokiem tych wszystkich zagonionych, beztrosko naiwnych szczęśliwych ludzi, tak obojętnych, tak niewrażliwych na moje cierpienie i smutek… Nie mogłam tego dłużej znieść, czułam, jak moja dusza umiera kawałek po kawałku, poszłam więc do wc i chlipałam na sedesie, wpatrując się w moje majtki w czaszki, przynajmniej dopóki nie skończył się papier. Całe moje życie składa się z takich końcówek papieru, które zużywają inni…
Wróciłam do domu, w którym wszyscy poza mną są kochani i szczęśliwi. Tylko ja jestem samotna i żyję jak otulona ciemnym woalem nieprzebytego smutku. Nie mogę nawet powiedzieć mamie, że nie może dawać mi kotlecika na obiad, bo przywołuje to wspomnienia nożyka do masła, którym tnę się wieczorami, kiedy domownicy śpią a na gg nikogo nie ma. Poszłam do mojego pokoiku, najmniejszego i najdalej położonego w całym domu
To spojrzenie Atsushiego… Które mówi wyraźnie, że tylko ja go rozumiem i tylko on rozumie mnie… Nikogo, nikogo innego, ani Shikamu, ani Lumii, ani Nawłaja, bo ją to rozumie Imai na przykład, ale mnie, tylko mnie, ponieważ jestem tak samo wrażliwa i tak samo odczuwam otaczającą mnie śmierć i zgniliznę
…a cały ten ból egzystencji przez brak motywacji, aby umrzeć…
Wy mnie nie rozumiecie, idę się zabić... Do jutra.
Tak, zatem obiecana notka dla
Nie obstaję twardo przy wszystkich pytaniach, ale jeśli jakieś Ci się nie spodoba, zamień je na jakieś inne :D.
( Meme o emo siusiakach na albumach )
Poza tym jestem bardzo zadowolona.
Plan zajęć nie wydaje się być taki tragiczny, jak się spodziewałam, że będzie, a przy mojej frekwencji za jakiś czas nauczę się rozróżniać mój rok od innych. To duży postęp, w zeszłym roku akademickim miałam z tym problemy do maja.
„Shogun” okazał się być książką w sam raz ciekawą na dłuższe popołudnia, może nie tak dobrą jak „Gai-jin” i od siedemsetnej strony ciągnął się jak czas na wykładzie, ale nadal czytało się przyjemniej niż niejedną inną książkę.
Nowy jrock bardzo przyjemnie, być może dlatego, że to pierwszy jrock od kilku tygodni, dzielonych między J’a i Inorana – ostatni Clear Veil bardzo zacnie, to samo ostatnie dwie Megaromanie, aż byłam zaskoczona. Satsuki, wbrew obiegowej opinii, mnie jakoś nie rozczarował ale i za bardzo nie zaskoczył, ostanie rzeczy Downer nie tak przyjemne dla ucha jak debiut, ale nadal niezłe. Depain nie za bardzo mi się podoba, to samo ostatnia Despa, ale na to się już skarżyłam. Natomiast odkryciem okazało się La Vie en Rose, aż sama nie mogę uwierzyć, że nadaje się do słuchania, chociaż zazwyczaj jak widzę cokolwiek, co jest angura kei, to cud się musi zdarzyć, żebym po pierwsze uznała to za znośne a po drugie żeby mi się jeszcze spodobało. O, proszę bardzo Kyokutou Girl Friend albo Monokuro Kinema, ile sobie obiecywałam i takie nieciekawe rozczarowania były…
Zaczęło się szkockie grand prix i po pierwszej fazie eliminacji jestem raczej zadowolona, jako że Ken Doherty poradził sobie zaskakująco ładnie, chociaż trochę żałowałam, że przez to Mark Selby odpadł, Ding Junhui z pewnymi problemami, ale kapitalnie wykorzystując błędy przeciwnika, chociaż i tak uważam to za jedno ze słabszych spotkań, jakie widziałam. Niestety odpadł Marco Fu i Liang Wenbo, bo po tym, co pokazał w Shanghai Masters dochodząc do finału mogło być ciekawiej. Steven Hendry bardzo ładnie poradził sobie dzisiaj z Matthew Selt’em, ale to akurat nie było żadne zaskoczenie.
Ale przede wszystkim cieszę się, że Neil Robertson wykosił Greene’a i dobrze, że tego nie widziałam, bo mogłabym skończyć odpalając jedną fajkę od drugiej. Wystarczyło mi, że Jamie Cope okazał się lepszy od Rayana Day’a (btw, bardzo zmężniał od mistrzostw świata, ale może to ten dwudniowy zarost), jakkolwiek żal mi Day’a, bo dwa razy podchodził do breake’a maksymalnego, w tym druga próba skończyła się pudłem na przedostatniej bili. A już się cieszyłam.
Jutro ostatnie spotkania i od środy zaczyna się druga runda, aż pokwikuję z podekscytowania, jak o tym pomyślę.
No i zaległe meme. Miało być codziennie, a tu tyle czasu bez notki. Jestem looooooser. No ale, czas nadrobić, zatem dziś…
( Bardzo systematycznie robione meme, prawda... )
Widziałam ostatnio fajne meme u kilku osób, z dziesięcioma zdjęciami swojego ulubionego muzyka, ale że trzeba było go pokazać jak je, śpi i półnagiego, to odpadłam w przedbiegach. Jak słusznie ostatnio zauważyła Drago, Inoran nie nosi nawet koszulek bez rękawów.
Ludzik stojący: Cześć, Arystotelesie, co robisz?
Ludzik siedzący: Piszę mój nowy traktat „O dupie”. Zajmuję się w nim etyczną teorią wartości, krótko opisuję zagadnienie czasu, po czym rozważam eleacki problem ruchu. A konkretnie zastanawiam się, czy warto ruszać stąd dupę przed południem.
Moim skromnym zdaniem jest to kwintesencja filozofii: z prostej rzeczy uczynić abstrakt, skomplikować to najbardziej jak się da i opisać jak najdłuższymi słowami. W tym roku filozofia mnie nie ominie, coś tak czuję, nawet długie bolesne dwa lata filozofii antycznej i średniowiecznej się nie przydadzą. Przynajmniej będzie gdzie się zdrzemnąć.
Wczoraj uczciłam z Drago koniec wakacji co ciekawszymi wyjątkami z „Mafuyu no yagai”, co wydatnie poprawiło mi humor. Fangirlizm, którego tak się wstydzę, doprowadza czasem do zabawnych sytuacji.
( Szczypiorek )
No i meme część druga.
( Tragiczne galaretki z kolan )
Tym razem po otworzeniu szuflad poraził mnie widok równo ułożonych, piętrzących się przede mną… rosnących w nieskończoność… sztapli papieru. Cuda, cuda znalazłam. Przede wszystkim cztery czy pięć zeszytów pierwotnie przeznaczonych do różnych przedmiotów, w praktyce będących zeszytami do wszystkiego, bezcenny wręcz materiał kronikarski. I „Timajosa” Platona, i „Kritiasza” tegoż, i „Enuma elis”, sumeryjski poemat kosmogoniczny, i współczesną poezję arabską, i długą rozprawę na temat zmian w armii rzymskiej od republiki do Flawiuszów, i streszczenia siratów, i całą masę innych papierów obrazujących, czego uczyłam się przez ostatnie cztery lata. Niepotrzebne wyrzuciłam, resztę zapakowałam do segregatorów: wyszły mi dwa z notatkami i jeden tylko z nowogreckim. Czemu nie wyrzuciłam jeszcze tego paskudztwa nie wiem, ale mam niejasne a nieprzyjemne przeczucie, że może się przydać jeszcze, od czego Boże broń.
Na fali porządków zabrałam się też za przeglądanie zdjęć z rodzinnych albumów i zaiste, nic mi tak nie poprawia samooceny. Na zdjęciach z reguły wyglądam jak idiota, ale nawet jeśli teraz wyglądam jak skończony burak, to i tak jest lepiej niż kilka lat temu. Swoją drogą zastanawiam się, po jaką ciężką cholerę robić zdjęcia, których i tak nikt potem nie ogląda, a tylko politowanie albo żal budzą, że człowiek kiedyś taki młody był. W mojej rodzinie panuje tendencja do robienia zdjęć w czasie świąt i imienin: pierwsze mają choinkę i to jest jedyna różnica. Dostałam ciężkiej kurwicy w czasie segregowania i porządkowania tego, ponieważ tak naprawdę jedynym wyznacznikiem chronologicznym była długość moich włosów albo wysokość, na jakiej dziadek zawiesza moją ulubioną czerwoną bombkę (co roku wyżej). Siedem albumów zajęło mi całe popołudnie i przysięgam, że nie ma osoby bardziej nieuporządkowanej, niedbałej i niecierpliwej niż moja matka. Czemu nie mogła tego od razu zrobić porządnie?
Tym razem poczta nie dała dupy, co przewidywałam, i w sobotę nareszcie mogłam (mogłyśmy) rozkoszować się Lunowym „Mafuyu no yagai”, z wielką ofiarnością piraconym przez długie, bolesne trzy miesiące albo coś koło tego.
No cóż.
Prywatnie ułożyłabym im inną setlistę, ale wtedy nie wiem, czy nie trzeba by było ocenzurować całości. Koncert sam w sobie w gruncie rzeczy nie przedstawia żadnego moralnego zagrożenia, jako że Ryu wychodzi najpierw w jakimś brezentowym płaszczu, potem straszy w koszuli z deseniem żywcem z tapety wziętym oraz płaszczem z narzuty na kanapę, a szczyt szczytów osiąga w obcisłym (sic) czerwonym (sic!) lateksowym (sic, sic!) wdzianku, które przy okazji miało za krótkie spodnie i było mu widać obciachowe skarpetki. Po czymś takim nawet sięgające żeber, szerokie spodnie Inorana oraz jego pięć warstw na górze zakończonych bardzo efektowną koszulą z weluru nie mogły mnie bardziej zgorszyć, jakkolwiek podejrzewam, że na drugiej części koncertu nie tyle przebrał spodnie, co zdjął górną warstwę. Wszystko to po to, żeby wybitnie nieprzyzwoite wykonanie „Selves” nikogo nie zdemoralizowało. Jakkolwiek szepczący Inoran jest bardzo. I Sugizo z zawiązanymi oczami jest bardzo. I prominentia laryngae Sugizo jest bardzo, bardzo. A najbardziej jest porozbierany J.
W każdym razie i miny Ryuichiego, i jego przedziwne kreacje sceniczne znalazły wreszcie logiczne wyjaśnienie. W postaci kosmitów. Prywatnie zaś czuję się wstrętnie i obrzydliwie sfangirlowana na Inorana, o czym wszelako więcej pisać nie będę, żeby resztki godności zachować. Umownie. Po kwiczeniu na „Mafuyu…” nic mi nie pomoże.
( Kanomka-prajd )
W weekend spotkanie z Atemu, króciutkie bo króciutkie, ale i tak się bardzo cieszyłam, że w ogóle. Czasu starczyło nam w sam raz na to, żeby mimo wszystko zachwycić się Tsukasą z ostatniego DVD Despy (dotknęłam sobie oryginalnej płyty i prawie w ogóle nie drżały mi ręce) i obejrzeć początek „A Frozen Flower”, który zaczynał się bardzo obiecująco, a skończyło się na bardzo gorszącej i wszetecznej scenie heretyckiego seksu. Byłam zdegustowana, taki dobry film mógł być!
No, a teraz idę poczytać „Shoguna”. Cudowna książka, jestem na pięćsetnej stronie, a jeszcze prawie tysiąc mi został! :D
No i na koniec meme siedmiodniowe podprowadzone
Zasady są proste:
Day one: a song
Day two: a picture
Day three: a book/ebook/fanfic
Day four: a site
Day five: a youtube clip
Day six: a quote
Day seven: whatever tickles your fancy
( Pokładać nadzieję w Panu i Pomorskich Lasach )
Zabieram się do tej notki od rana, w sumie przed śniadaniem jeszcze chciało mi się pisać, potem przeleciałam się przez LJa, zjadłam kanapki, zrobiłam sobie herbaty, poszłam do sklepu… cóż, dochodzi 20, a ja nadal nie napisałam ani zdania. Pomyślałabym, że jestem chora, gdyby nie to, że jak wykazało oglądanie J’a, reakcje mam w porządku. No ale nic to, mam pyszną herbatę, którą „zaraziła” mnie Shadow (biały Irwing z gruszką i figami), zatem bądźmy mężni i w imię Boże…
II. Powtarzalność pewnych zjawisk.
Obowiązkowe w okresie rekrutacyjnym zamieszanie wymusiło częste wizyty w okolicy przybytków nauk uniwersyteckich, a więc także znacznego zagęszczenia antykwariatów i księgarń, a to przypomniało mi, że nadal nie przepisałam do zeszyciku sto razy, że nie będę wchodzić do antykwariatów przed pierwszym.
Gwoli ścisłości tym razem nie weszłam, tylko przystanęłam przed wystawą dwa razy i było to o dwa razy za dużo. Za pierwszym wyczaiłam bowiem monografię o samurajach Śpiewakowskiego, na którą czaiłam się w bibliotece od jakiegoś czasu, a teraz Los podał mi ją jak na talerzu. Lektura to krótka, lekka i przyjemna – może nawet za krótka, za miła i za przyjemna, bo oczekiwałam czegoś bardziej drobiazgowego i wnikliwego – ale z drugiej strony i tak nie wiem, czy istnieje bardziej kompetentne źródło, przynajmniej z tych, które widziałam…
Za drugim razem… to było niezwykłe uczucie. Stanęłam sobie przed wystawą, obojętnie oglądam tytuły na okładkach i w pewnej chwili witryna zmienia kąt nachylenia, czuję ją bardzo blisko swojego nosa, w dodatku nabrała cech magnetycznych, bo ręce same przykleiły mi się do szkła, a potem poczułam, że wszędzie mam pełno śliny.
Przede mną leżało archaiczne wydanie – prawdopodobnie jedyne zresztą, trzy tysiące egzemplarzy – czterech komedii Wilde’a. Wpełzłam do antykwariatu resztą sił, miła pani widząc moje maniakalne spojrzenie bez słowa odłożyła mi książkę, a ja wróciłam do domu w podskokach i z taką siłą perswazji uzmysłowiłam moim rodzicom, że MUSZĄ mi ją kupić, że nawet bankomat bym przekonała, żeby pożyczył.
Tak naprawdę książka jest strasznie brzydka, ma taką sobie, szarą, płócienną okładkę, poszarzałe karki, pachnie kurzem starych książek i została wydana w ’61 roku. Spałam z nią pod poduszką. Strasznie fajne uczucie, wsadzałam rękę pod głowę i mogłam wymacać chropawą powierzchnię okładki, a wtedy aż mi się coś w brzuchu ściskało z radości. Nie mogę się doczekać, aż zacznę czytać :D.
Moi rodzice – a konkretnie moja matka – w zasadzie nie może mi teraz odmówić niczego: książek nie, bo w końcu studium oblige xD, a ciuchów tym bardziej, bo ZNOWU wyprała moją czarną koszulkę z wszytymi białymi ramiączkami z czarnym praniem. Tym razem zafarbowały na niebiesko. Ja się zastanawiam, kiedy koszulka rozpuści się od tych ilości detergentów, którymi niweluję gapiostwo i niecierpliwość mojej matki. Ace wywabiło nieszczęsny błękicik, ale wywabiło też trochę czerni z dekoltu, w związku z czym muszę się wybrać do sklepu dla plastyków i znaleźć farbę do tkanin. I to taką, której odcień czerni będzie pasował do bluzki.
W związku z tym chciałam kupić sobie sweterek – w ogóle szalenie podoba mi się to, co w Bershce, Stradivariusie i Kazarze proponują na zimę – ale wszystkie, które chciałabym mieć mają cudownie szerokie rękawy, które nijak nie zmieszczą się pod płaszcz. Do chrzanu. Zamiast tego na otarcie łez zainwestowałam w białe spodnie, które wyglądają, jakby ktoś przejechał po nich wałkiem z czarną farbą i nowy czarny pokrowiec na telefon, bo przecież nie będę nosiła idiotycznej białej skarpetki z równie idiotyczną biedronką, której dzwoni kuperek, jak telefon zaczyna wibrować. Ludzie.
Uznałam, że nic nie poprawia humoru tak, jak małe zakupy.
III. Estetyka.
No, może poza koncertem Inorana, ale to odkryłam z podpuszczenia Drago. „Butterfly Effect” ma mniej więcej półtorej godziny, zatem lekko przerażona postawiłam sobie za cel, że obejrzę przynajmniej do czterdziestej minuty i uzbroiłam się w cierpliwość.
Półtorej godziny później, zebrawszy się do kupy za pomocą wiaderka i ściereczki bardzo się zdziwiłam, że koncert się skończył. Inna sprawa, że ze zgorszenia omal nie spadłam ze stołu, bo Inoran nie dość, że wyszedł tylko w trzech warstwach ciuchów, to publicznie rozdział się do dwóch. Powiedzmy, że to ostatecznie jest do przyjęcia, ale te nieprzyzwoicie, jak na jego standardy, obcisłe spodnie, z dziurami na oko dziesięć centymetrów powyżej kolana, odsłaniające trzy centymetry kwadratowe skóry, były szczytem wyuzdanego kusicielstwa. Obawiam się, że Inoran nie ma wstydu. Jak to zobaczyłam, to prawie dostałam apopleksji.
Obawiam się również, że zrobiłam się wobec niego wstrętnie i obrzydliwie bezkrytyczna.
Teraz tylko czekam, aż Poczta Polska wypełni swą powinność i Drago dostanie Mafuyu no yagai, bo tam jest szepczący Inoran i Sugizo z zawiązanymi oczami i gdyby nie ta interwencja cenzury w postaci umieszczonej na pierwszym planie osoby Ryuichiego, to koncert byłby NC-17 za wykonanie „Selves”.
Poza tym Shadow absolutnie cudownie spamuje mi gg. To dość zaskakujące doznanie, najpierw rozczulam się, że jeden Kirito, a tyle szczęśliwego Kirikota (nowa część szczęśliwego kiriświata – kiriklata, czyli to, co powinno być widać, jak Kirito ściągnie koszulkę, przy czym najczęściej nie widać wtedy nic, bo jest fenomenalnie wychudzony i tak trzymać), po czym idę sprawdzić, co tak bardzo się Shadow spodobało – i sama kwiczę. Mimo wszystko widok Kohty podrzucającego piłeczkę na patyczkach albo podciągającego się na rolce do ubrań w zajebiście obciachowych niebieskich kapciach jest bezcenny.
IV. Pytania i odpowiedzi.
No a teraz to, co wszyscy lubią najbardziej, czyli bardzo długie meme. Niech robi, kto chce, mam iwil plan otagowania do następnego trzech osób, więc…
( Dość długie i raczej nudne meme robione dla zabicia czasu )
V. Terminologia, czyli kto to jest seksista i idealista.
Poza tym wakacje sprawiają, że nareszcie mam czas czytać książki, z czego skwapliwie korzystam: „Samuraj William” Giles Miltona był raczej nudnawą monografią historyczną – a na pewno czytałam lepsze – „Mona Lisa Turbo” Gibsona okazała się kapitalną powieścią, kapitalną po prostu, a „Rękopisy Platona” Ackroyda były bardzo zabawne i bardzo mądre jednocześnie. Szalenie inspirująca lektura – i prawdę mówiąc zastanawiałam się, czy za dwa tysiące lat mieszkańcy Ziemi tak właśnie będą na nas patrzeć, czy nazwą naszą epokę Epoką Krzywowozoru i będą robili słowniki naszych pojęć. Dla przykładu:
Ideologia – proces wytwarzania idei. Odbywał się on zazwyczaj w milczeniu i samotności, ponieważ produkcja idei wymagała wielkiej staranności. Niektórzy rzemieślnicy byli wybierani do tego zawodu w młodym wieku i szkoleni w „szpitalach psychiatrycznych” Kub „domach wariatów”. Zwano ich idealistami i oczekiwano, że wytworzą określoną liczbę idei do wystawienia lub odegrania w udramatyzowanej postaci na forum publicznym.
Rządy absolutne – rządy zmierzające do realizacji absolutu. Ich atrybutem była szklana butelka z przezroczystym płynem.
Seksista – zwolennik koncepcji, w myśl której istnieją tylko dwie, a najwyżej trzy płcie.
Ubawiłam się setnie, ale gdzieś tam na dnie tego śmiechu była taka gorzka zaduma – a jeśli ten facet ma rację, jeśli zmieni się punkt odniesienia nasza epoka naprawdę tak wygląda? A może ma rację i to wszystko jest tylko zależne od tego, w którym miejscu jest umysł?
Tymczasem dopadłam wreszcie „Shoguna”, uśmiałam się jak dzika norka nad sceną zmuszania głównego bohatera do kąpieli, która przecież mogła spowodować przeróżne choroby, i mam szczery zamiar do końca wakacji leżeć plackiem i czytać – czego też i innym serdecznie życzę.
Tym optymistycznym akcentem…
Dla dobra moralności zatem – cnotliwy, bardzo estetyczny i unikający odzieżowej dosłowności Inoran. Czego należało się zresztą spodziewać, biorąc pod uwagę to, jak bardzo podoba mi się to, co robi obecnie.
Z życia owadów:
Jeśli jeszcze raz usłyszę od kogoś zachwyt nad moją wszechstronną jakoby wiedzą i erudycją, to pieprznę w delikwenta tymi książkami, które musiałam piorunem przeczytać (że nie wspomnę o tym, że przyswoić sobie ich zawartość). Mam serdecznie dość mojej własnej niewiedzy, której ogrom naprawdę zaczyna mnie przerażać. Uważam, że nauka zajmuje mi za dużo czasu i zastanawiam się, co by tu zrobić, żeby była efektywniejsza. Nie chce mi się spędzać całych dni nad książkami, znam ciekawsze zajęcia.
W związku zaś z tym, że jestem zniechęcona sama sobą i otaczającymi mnie realiami przyszłam trochę popieprzyć na LJu i zrobić sobie meme, tym razem do
( Meme 1 )
( Meme 2 )
Shanghai Masters przeleciał mi koło nosa, pierwsze rundy oczywiście przegapiłam ze względu na załatwianie drobiazgów w związku ze studiami (a grał i Jamie Cope, i Neil Robertson, i Ken Doherty, jaka jestem zła na siebie teraz, chociaż z drugiej strony Cope i Doherty przegrali z Murphym, którego nie cierpię, zaś Doherty rozwalił Robertsona, więc może dobrze, że tego nie widziałam), obejrzałam tylko finał O’Sullivana z Liangiem Wenbo, który był taki sobie raczej. Zarwałam noc do szóstej, transmisja zaczynała się po siódmej, więc poczekałam i w rezultacie byłam mniej przytomna niż zwykle, drugi frame totalnie mnie dobił, ciągnął się prawie godzinę i skończył się tylko dlatego, że Liang sfaulował na różowej. O jedenastej zdrzemnęłam się trochę, w sam raz, żeby o drugiej obejrzeć drugą część, przy czym poszło szybko, skoro poranna sesja skończyła się bodajże 5 albo 6 do 3, a grali do dziesięciu wygranych.
Czekam na październikowe Grand Prix.
Wiem już, jakie miejsce chciałabym odwiedzić najbardziej na całym świecie i gdzie się ono znajduje. Przeczytałam o tym na wp i już po pierwszych dwóch zdaniach zrozumiałam, że mogłabym oddać pół życia, żeby przekonać się, czy to prawda i czy jest takie, jak sobie wyobrażam. Przede wszystkim, żeby się tam dostać trzeba pokonać prawie trzy i pół tysiąca kilometrów lodowej pustyni przy temperaturach dochodzących do minus 70 stopni. Już samo to wydaje mi się kuszące, zimno, lód i niedostępność tego miejsca czyni je dwa razy bardziej pociągającym.
Leży na górskim (ponad 4 tyś. m. n.p.m.) płaskowyżu we wschodniej części Antarktydy, w rejonie Ridge A i jak dotąd nie dotarł tam żaden człowiek. Badania australijskich i amerykańskich astronautów potwierdzone danymi z satelitów, stacji naziemnych i modulowania klimatycznego wykazały, że jest tam najmniejsza prędkość wiatru, najczystsze niebo i najmniejszy poszum na całej Ziemi.
No oczywiście chcą tam postawić teleskop. Los.
Wakacje za pasem, więc i ja powoli porzucam moje wrodzone lenistwo na rzecz rozrywek bardziej absorbujących. „Kochanica Francuza”, którą przeczytałam na okoliczność łagodnego powrotu do bardziej ambitnych rzeczy nudna była jak nieszczęście, nie wiem, czym ludzie się zachwycają, aktualnie zaś czytam „Samuraja Williama” (taka bardziej historyczna wersja historii sławnego clavellowskiego shoguna) i bez rewelacji może, ale ile się naśmiałam przy pierwszych relacjach Anglików przybyłych do Kraju Wschodzącego Słońca, tyle mego. Uwielbiam ten archaiczny język i łagodne zdumienie, że na Wyspach Zielonego Przylądka „leguminy znaleźli małowiele”.
Poza tym przez trzy dni oglądałam moją ulubioną serię Czarodziejki z Księżyca, do czego obiecałam się nikomu nie przyznać, bo wstyd i obciach, jednak ma taki sentyment do tej kreskówki, że nie mogłam sobie odmówić.
W kategorii „Najseksowniejsza prominentia laryngae” nadal bezsprzecznie prowadzi Sugizo, wyprzedzając znacznie Tsukasę i Kaoru. A propos Tsukasy – nowa Despa wyszła i jakoś nie bardzo mnie to ruszyło…
Wczoraj bardzo przyjemne popołudnie z Łukaszkiem w Lulu, o czym wspominam nie bez przyczyny, bo odkryłam coś, co może wygryźć Black Devile z pierwszego miejsca rankingu fajeczkowego. Owóż Łukaszek przyniósł ze sobą cygaretki z koniakowym ustnikiem. Pomijając już przyziemne względy natury ekonomicznej (palą się znacznie wolniej), na głowę biją wszystkie inne papierosy za to, jakie są w dotyku, jak pachną i jak smakują…! Przyjemność z palenia nieporównywalnie większa. Koszt też, ale kto by się z tym liczył, jeśli w grę wchodzi przyjemność? Od dziś zaczynam testować cygaretki, z fajek nie ma już chyba nic, co byłoby godne uwagi…
Poza tym uznaliśmy jednomyślnie, że do wspólnego życia potrzebny nam: gabinet dla pani, gabinet dla pana, sypialnia dla pani, sypialnia dla pana, buduar i gotowalnia dla pani, wspólna sypialnia, minimum cztery łazienki (po dwie na głowę), bawialnia, biblioteka, sala bilardowa, fiumuar, kuchnia, spiżarnia, lodownia, wozownia, pałacyk myśliwski oraz duży park w stylu angielskim z odpowiednią ilością altanek. Słowem – potrzebny nam dworek z pakietem folwarków, plantacją trzciny w Ameryce, udziałem w handlu z koloniami w Indiach i kompletem służby.
Szukamy zaufanej osoby na stanowisko plenipotenta.
Następna wielka notka memowa, bo się nazbierało.
Przede wszystkim stare meme komentarzowe, bo obiecałam Kirikotowi i Paradox, zatem jeśli ktoś chce skorzystać, to proszę napisać w komentarzu.
Meme drugie podwędziłam od Zophiel, ale że nie zostałam się de facto otagowana przez nikogo, pozwolę sobie zrobić meme pod kątem kilku osób, u których chciałabym je również zobaczyć.
( Meme od Zoph )
Gdyby ktoś chciał dostać memowe odpowiedzi pod swoją osobę, proszony jest o pozostawienie odpowiedniego oświadczenia w komentarzu czy coś…
A to meme podwędziłam
( Meme od Hayate )
Ostatnie meme to zaległe pytaniowe od Yasai, jako że pamięć Biedronki może nierychliwa, ale sprawiedliwa.
( Meme od Yasai )Dżem od Shikamu jest doskonały. Ma tylko
Poza tym wrzesień i odświętnie ubrana dziatwa pod moimi oknami ciągnąca w stronę przystanku tramwajowego przypomniała mi, że jakby na to nie patrzeć czas zająć się sprawami uczelnianymi. W związku z tym przemogłam niechęć do wstawania przed godziną czternastą i w poniedziałek pofatygowałam się do dziekanatu, gdzie bardzo uprzejma pani powiedziała mi, że pani Dorocia tylko w środy jest, ona mi nic nie może załatwić.
Powtórka z rozrywki w środę, tym razem poczułam się znacznie lepiej, kiedy pani Dorocia opierniczyła mnie jak zawsze, do załatwiania wszelkiej biurokracji mam jeszcze trochę czasu, jako że dyplomy dopiero w połowie października xD. Ciekawe, czemu na Pomorzu już mają, a my jeszcze nie…
W każdym razie uznałam, że należy mi się coś od życia i pojechałam na czekoladę do Lulu. Kameralna atmosfera, pyszna czekolada i chrupiący rogalik uświadomiły mi konieczność zaktualizowania mojego czekoladowego rankingu z czerwca zeszłego roku…
( Wielki Biedronkowy Ranking Czekoladowy )
Z rankingu wypadły niestety nieistniejący już Mercer’s Coffee, Coffee Inn i Mediateka Cafe, a także Fortuna Cafe, która na szczęście się zwinęła oraz Empik Coffee, bo o pewnych rzeczach nie wypada pisać bez rumieńca zażenowania.
Poza tym… nadal nie mam nic ciekawego do czytania, co bardzo mnie przygnębia. Nie oznacza to bynajmniej, że nie mam nic do czytania, co przygnębia mnie w dwójnasób. Najbardziej martwi mnie, że nie mam „Shoguna”, a chciałam przeczytać w wakacje, odkąd skończyłam „Gai-jina” cały czas chodzi mi to po głowie. Tym samym – przez niepoprawnego Kiritkota i zdjęcie półnagiego Kirito z kataną – powrócił do mnie stary pomysł o AU z epoki Edo, a to znaczy, że rok akademicki blisko, bo przecież nie może mi się chcieć pisać, kiedy mam wolne.
W związku z głodem na nowy jrock, o którym pisałam poprzednio, nadal słucham J’a i Luna Sea xD. A tak zupełnie poważnie – nowy Girugamesh jest zaskakująco dobry, aż sama nie mogę w to uwierzyć, spodobał mi się też nowy lynch., ale tu akurat zaskoczenia nie było. No mogę mieć pretensje tylko do siebie, że tak długo czekałam z odsłuchaniem reszty as.milk i meth., zwłaszcza meth. okazał się być lepszy, niż się spodziewałam.
Czego niestety nie da się powiedzieć o nowej Despie. Ja naprawdę nie chcę powiedzieć, że mój ukochany ongiś zespół schodzi na psy, nie chcę oceniać po jednym kawałku, ale tendencja się utrzymuje i nie powiem, żeby mnie to cieszyło. Nie wiem czemu, nie mogę się przekonać do „Final Call” i nie pomogło słuchanie bez PVki. Gorzej, oglądając PVkę mogę nawet czasem kwiknąć na Tsukasę (stary, wiesz, że ten blond to była pomyłka, nawet jeśli zrobiłeś to z miłości do Karyu, tak?), bez PVki nic.
Niepokoi mnie natomiast, że Kain zawiesił działalność (po jednym albumie chyba, jakie to typowe), bo już ja wiem, czym się kończy takie zawieszanie.
Uzależnienie od Monte firmy Zott, Dziuna i anoreksji Riku postępuje, a z Miśkiem bardzo fajnie się gada. Nie tylko dlatego, że pokazał mi śliczne zdjęcia Kordiana xD. Jedyne, co mnie teraz martwi to to, że zaczyna się niedługo sezon snookerowy, a jako że telewizor na czas miśkowej bytności u nas wywędrował do pokoju, gdzie nie ma anteny, czuję się odcięta od rozrywek. Rozrywki się co prawda jeszcze nie zaczęły, ale tak jest dramatyczniej.
Jutro rodzina wyjeżdża na weekend i zostaję sama z dziadkiem. Nareszcie się wyśpię!
W ogóle to miała być emo notka o analizie psychologicznej Kyo, ale znowu nie wyszło, cholera.
