Home
1) Jeden z powodów, dla których kocham Nawłaja
Niejako pod wpływem pomysłów dr E. dostałam kopa, żeby zabrać się za ficka. Zaprawdę, jest jedna, jedyna osoba na tym świecie, która ucieszy się z każdego podejrzanego pomysłu i dla której pisanie AU jest czystą przyjemnością, i jest to Nawłaj, cierpliwie znosząca pomysły głupie i głupsze, łącznie z niespodziewanymi telefonami z pytaniem o szlafmyce.
Od dwóch dni zajmuję się głównie szlafmycami, lumbago, dorożkami, a także matrymonialnymi planami ciotki Mildred, jej przyjaciółeczką Winifredą tudzież wujem Archibaldem, w związku z czym Tygi napisała mi onegdaj, że moje opisy przypominają jej Gombrowicza.
Ponieważ najważniejsze, żeby znać priorytety, w piątek odpuściłam sobie filozofię, tym bardziej, że Kartezjusz tak jakby nie dał się przeczytać w tramwaju, w związku z czym osiadłam w bibliotece, gdzie pobieżnie raczej sprawdziłam, czy w „Rodzinie Połanieckich” będą jakieś ciekawe fragmenty (nie było), o czym jest „Ta trzecia” (rozczarowanie, ale Sienkiewicz był jednak lepszym nowelistą niż powieściopisarzem), zrobiłam czwarte podejście do Dickensa (epic fail, co za beznadziejna tematyka, chociaż styl wcale niezły), poszukałam jednego wiersza Blake’a potrzebnego do ficka (był) i zakopałam się w historii Londynu (dwie godziny). Czuję się stworzona do pisania ficków, które wymagają siedzenia w bibliotekach, przyjemne z pożytecznym.
To nic, że – jak słusznie zauważyła Shikamu – po 14 stronach mam ledwie początek akcji.

Item cioteczki )
2) Wilgotny piwniczny labirynt
Przestanę jednak kurwić na dr E. Przez jego niedorzeczne pomysły na temat archiwizacji klnąc i utyskując we wtorek przeszłam się na dawne Przedmieście Odrzańskie celem dokonania inspekcji w kamienicy. To było stanowczo jedno z ciekawszych doświadczeń mojego życia. Wychowana w suchym, w miarę schludnym jednorodzinnym domku szeregowym na przedmieściu nie miałam najmniejszego pojęcia o mieszkaniach w kamienicach.
Prawdę mówiąc na sam widok elewacji ciekawej i stosunkowo ładnej, ale bardzo zniszczonej, robi się żal, że nikt nie troszczy się o takie zabytki. Potem klatka schodowa, potwornie brudna i obdrapana – a poza tym śliczne stare drewniane schody, z ażurowymi podstopnicami i rzeźbionymi tralkami. Oczywiście zniszczone, zamiast uszkodzonych tralek sztachety jak z płotu, wszystko pomalowane na ohydny brązowy kolor, idealnie pasujący do ohydnych beżowych ścian. Wilgoć, zapach zgnilizny i kurzu, mieszkańcy zgodnie twierdzący, że klatka nie jest już ich, więc nic z nią nie mogą zrobić, a poza tym za samowolne remonty w starym budownictwie, choćby w najlepszej wierze, są kary. Wysokie.
Oczywiście do klatki schodowej i na pogaduszki z mieszkańcami mogłabym się wybrać nawet bez polecenia ciecia E., ale na pewno nie zawracałabym sobie głowy łażeniem gdzie indziej, a tymczasem los zmusił mnie do przejścia się także do piwnicy i słowo daję, że była mroczniejsza i bardziej odrażająca od niejednej piwnicy z horroru. Ciąg wilgotnych labiryntów pod budynkiem, poprzecinany ścianami działowymi, wszędzie pajęczyny, odgłos wody kapiącej z nieszczelnych rur, trutka na szczury na nierównym klepisku podłogi. Fantastyczne tak długo, jak nie trzeba tam wchodzić.
No i obowiązkowa wycieczka na strych, bardzo jasny, przestronny, cholernie zimny, gdzie ślicznie było słychać szum deszczu na dachówkach (pani spod ósmego: a pewnie, że dach przecieka, pewnie, podstawiamy wiadro… a jaki grzyb, pani kochana). Poza tym bajer, bo w sumie pierwszy raz w życiu zobaczyłam więźbę dachową. To naprawdę cud, że coś takiego po dwóch wojnach jeszcze stoi.

3) Z rozmyślań o łajnie
Na fali tegoż korzystając ze ślicznej pogody w czwartek przespacerowałam się na drugie dawne przedmieście Wrocławia, tym razem Oławskie, z zachowanymi całymi ciągami XIX-wiecznych kamienic. Jest to absolutnie jeden z najbardziej urokliwych zakątków Wrocławia i czasem aż się smutno robi, że takie miejsce niszczeje, że nie dbają o to sami mieszkańcy.
Pamiętam zresztą jak pierwszy raz trafiłam na Trójkąt, wczesną wiosną wracając z biblioteki i w jaki niemal ekstatyczny zachwyt wprawił mnie widok zabudowy żywcem przeniesionej z zeszłego stulecia. To uczucie towarzyszy mi zawsze, ilekroć wracam na Traugutta, Mierniczą, Komuny Paryskiej, Kościuszki, a w czwartek dodatkowo ucieszyła mnie pogoda iście wiosenna, w sam raz chłodna, żeby dobrze się spacerowało, i w sam raz słoneczna, żeby było wszystko widać.
Zastanawia mnie tylko, czy to wszędzie jest tak, że kamienice przyciągają najgorszą melinę. Ja już pomijam, że nikt nie dba o same kamienice, bo powszechnie wiadomo, że polska mentalność nie zakłada dbania o dobro wspólne (czyli jak nie jestem u siebie, to naśmiecę, napluję, nakiepuję, podpiszę, zniszczę, w cudzym bloku, na cudzym osiedlu, na cudzej ławce w parku, jakby to wszystko nie było de facto nasze i dlatego zasługiwało na odrobinę szacunku), ale czy coś w, bo ja wiem, aurze miejsca się zachowało czy co? Dawne kroniki mojego miasta, które zgłębiam z prawdziwą przyjemnością, wspominają, że ulice na dawnych przedmieściach – Oławskim, Odrzańskim, Mikołajskim – przypominały bajora błota, ścieków, śmiecia i wszelkiej maści łajna. Idąc przez Trójkąt uznałam, że nic się nie zmieniło. Ja rozumiem, że ktoś ma psa. Ja rozumiem, że zabudowa XIX wieku nie przewidywała skwerków. Ale czy to jest powód, żeby rzut beretem od centrum wszystkie chodniki jak leci były konsekwentnie zasrane? Oczywiście psie gówno jest rozsmarowane na bruku jak się da, bo kto wdepnie, ten wyciera podeszwy w trotuar, bo co zrobić.
I niech mi ktoś teraz powie, jak mnie, człowieka przyzwyczajonego do zachowania minimalnego porządku wokół siebie, wrzucania śmieci do kubłów i odkładania rzeczy na miejsce, ma nie ogarniać dziki szał i chęć mordu za jednym zamachem na właścicielach i na ich pupilkach, co? Na pupilkach rzutem na taśmę, bo w sumie co pies winny temu, że jest psem, tylko właściciel ma mentalność buraka? Podobnie, żeby była jasność, kurwica mnie trzaska, jak nie można usiąść na murawie w parku, bo jest równomiernie pokryta psim łajnem, albo dlaczego cudzy pies ma srać na trawnik pod moim domem. Bo co, bo się komuś wydaje, że trawnik jest dla psa? I dlatego ja mam tolerować gnój w miejscu publicznym, tak?
Moja ciotka, właścicielka leciwego jamnika, na spacer z nim chodzi z woreczkiem i łopatką. Na osiedlu patrzą na nią jak na bohatera. Zastanawiam się, kiedy wreszcie ludzie przestaną traktować jak bohatera kogoś, kto zwyczajnie dba o porządek.
No, miało być o przyjemnym spacerze, a jest o gównie.

4) Z lektur
„Ostatnia konkubina” Lesley Downer była nudna niemożebnie i ktoś, kto miał czelność porównać tę książkę do „Przeminęło z wiatrem” powinien ją zjeść razem z okładką, za to „Plebejka” Schwarza jest śliczna. Poważnie. Jest w tej prozie jakaś wyważona elegancja, pewna dyskretna powściągliwość, która przemawia szczególnie silnie, jest coś urzekającego. Szkoda tylko, że taka krótka. No a poza tym nie rozstaję się z „Lalką” i bzdurami na studia. W ogóle powinnam jeszcze wrócić do Prusa, ale niestety poza „Lalką” i w porywach „Faraonem” pisał straszne ścierwo.
Zna ktoś jakieś dobre powieści XIX-wieczne?
 
 
Current Mood: creative
Current Music: Moje siorbanie gorącej herbaty
 
 

Advertisement

 
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l'arte!

Wiatr trzaskał niedomkniętą okiennicą, na poddaszu panował przenikliwy ziąb. W ciszy słychać było jedynie oddech ciężki, chrapliwy a wolny, i wycie wiatru północnego. Wtem dały się słyszeć szybkie kroki. Drzwi otworzyły się nagle i do nędznej izdebki wpadł Konstanty Fofanow, młody poeta. Zapadłe policzki, wytarty surducik i połatana mocno koszula wiele mówiły o majątku tego kapłana Apollina, ale tego dnia w mdłym świetle zmierzchu leżący na cienkim sienniku Franuch Pająkowski, druh jego szczery i najbliższy przyjaciel, dostrzec mógł na ustach poety uśmiech cyniczny i drwiący zarazem.
- Przyjęli moje poezje! – zakrzyknął, a w głosie jego więcej było goryczy niż radości triumfu nad pospolitym smakiem filistrów.
- Czy Sobowtóra? – zapytał Franuch, z trudem unosząc się w pościeli. Lica jego pokrywał rumieniec niezdrowy, jak piętno choroby.
Konstanty wyciągnął mieszek z pieniędzmi.
- Plugawa mamona za najdroższe memu sercu liryki! – Z dramatycznym gestem zwrócił się do przyjaciela. – Franuch! Pali mi ręce to grosiwo! Zabawmy się zatem za pieniądze tych fałszywych faryzeuszy Sztuki tak, jak oni zwykli to robić! Niech ich upodli nasza nędza i śmierć bliska!


[Shikamu przyjechała w piątek i pierwsze, co zrobiłyśmy, to zajęłyśmy się obejrzeniem „Fest on Parade” Buck-Ticka. Słowo daję, że Shikamu jest większym hardcorem niż ja, bo mnie interesował J co najwyżej, a z reszty wystarczyły mi kilkusekundowe migawki, żeby wiedzieć, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Słowo daję, że ten fangirl z wypiekami na twarzy obejrzał wszystko jak leciało. Potem wrzuciłyśmy szalenie zgniły moralnie, plugawy i wyjątkowo brudny – słowem, szalenie tró – giejowski film, Bangkok Love Story. Z wielkim entuzjazmem został powitany płatny morderca zakochujący się w niedoszłej ofierze, scena wygrzebywania kuli z rany za pomocą noża, no i rzecz jasna zmywanie z siebie poczucia grzechu po namiętnym seksie w kałuży. Wszystkim serdecznie polecam. Film, nie seks w kałużach, rzecz jasna.
W sobotę wstałyśmy dość wcześnie, przynajmniej jak na ludzi, którzy poszli spać o siódmej rano. Byłyśmy wielce tró, bo jakoś tak z łóżka bliżej było na podłogę niż do kuchni, zatem jadłyśmy obiad siedząc po turecku, z talerzami na podstawkach z dwóch książek, przed laptopem ustawionym na czterech słownikach, oglądając jakąś wybitnie słodką dramę z serii o Takumim. Głupio mi, ale jestem idealnym targetem yaoi, przynajmniej jeśli chodzi o takie dramy, gdzie jest wszystko to, co każdy fan gatunku lubi: głęboka miłość, poświęcenie, straszna tajemnica z dzieciństwa, szkolny playboy zakochujący się w szkolnym kopciuszku, tak, właśnie, szkoła i mundurki i dużo lentilków. Zabrakło tylko perwersyjnego sadomasochistycznego seksu, za to w końcowej scenie bohaterowi zamiast na wąskich szkolnych kozetkach leżą w oceanie białej satynowej pościeli, czyli tak zwanym łóżku ideologicznym. No a potem miałyśmy iść na koncert].

Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!

Bez żalu opuścili marmurowe sale gorejące blaskiem setek lamp gazowych, porzucili słodkie tony muzyki, jawiące im się jako chleb spleśniały pokryty jeno dla niepoznaki glazurą lukru, jak twarz wszetecznej dziewki toczonej trądem, a pokrytej białym pudrem.
Owo miasto stare nocą widziane, było jako cmentarzysko istnień i marzeń, zniszczone, zdeptane i plugawe. Weszli wreszcie do zadymionej, zawilgoconej kawiarni, gdzie wśród tanich sprzętów i poszczerbionych filiżanek, ubożuchnym swoim wyglądem mających naśladować wykwintne porcelany, usiedli na wytartej kanapce. Czekolada miała posmak zgnilizny, a dym fajeczek ranił ich płuca, tknięte gruźlicą. Franuch drżącą ręką wydobył z kieszeni swego paltotu tomik w wytartej okładce. Kartkował chwilę w milczeniu, co i raz tłumiąc kaszel, rozrywający mu piersi.
- Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna – przeczytał – w ten letni, tak piękny poranek: u zakrętu leżała plugawa padlina na ścieżce żwirem zasłanej.
Głos jego był słaby, jednak dziwna moc w nim tętniła. Franuch czytał z uczuciem, a na bladym jego czole pot się perlił. Konstanty uronił łzę. Bliskość śmierci przyjaciela nigdy mu jeszcze nie była tak wyraźną.

Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?
evviva l'arte!


[Oczywiście na koncert nie dotarłyśmy, ale czekolada W Biegu Cafe okazała się lepsza niż pamiętałam. Po drodze uzupełniłyśmy jeszcze zapas alkoholi i w związku z tym chciałabym powiedzieć, że Sakurai Atsushi jest chlorem do potęgi, bo nie rozumiem, jak można pić czerwone wytrawne wino, przysięgam, że gorszy od tego jest tylko kompot gruszkowy, za to chińskie białe wino śliwkowe było pyszne, to znaczy smakowało jak sok winogronowy i jak sok winogronowy wchodziło, natomiast sądząc po zapachu faktycznie leżało koło śliwek. Prawdopodobnie oglądałyśmy batikowe 13yh Floor, ale nic sobie nie dam uciąć, ponieważ widok Atsushiego wzbudził we nas ekstazę niemal religijną, zaczym oddałyśmy się praktykom z pogranicza alkoholowo-religijnych, znaczy wymyślaniem niestworzonych historii o Atsushim i piciu na umór. Więcej grzechów nie pamiętam, ale w niedzielę Shikamu przeleżała pół dnia na kacu. Chlor, nie xD?].

Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną
ognie przez Boga samego włożone:
więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
laurów za złotą nie damy koronę,
i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!

Konstanty spojrzał na twarz uśpionego przyjaciela. Wychudłe jego ciało drżało pod cienkim kocem, wypchana grochowinami poduszka poznaczona była plamkami ciemnej, zakrzepłej krwi. W izdebce unosił się zaduch choroby, nędzy ludzkiego żywota. Wolno sięgnął po podniszczony już tomik, z którym Franuch nie rozstawał się niemal nigdy. Przekartkował go wolno, aż natrafiwszy wreszcie na liryk szczególnie przezeń ukochany, tragicznym bólem przepojonym głosem, niby requiem zawczasu odmawiając, począł czytać Franuchowi hymny głoszące podłość ludzkiej egzystencji.


[Poza tym w niedzielę obejrzałyśmy jeszcze jakieś nieziemskie ścierwo o wdzięcznym tytule Itsuka no Kimi E. Traget yaoi, jak najbardziej, ale fabuła beznadziejna, motywacja bohaterów żadna, a do tego wykonanie słabe, minus dwóch czy trzech całkiem niebrzydkich chłopaczków.
Generalnie rzecz biorąc z zapałem bawiłyśmy się w umierających na suchoty, biednych i niezrozumianych poetów, mieszkających na poddaszu i znoszących ból egzystencji, zatem weekend mogę spokojnie uznać za zajebisty. Szkoda tylko, że nie miałam tużurka, ale za to burdel w pokoju zrobił się iście artystyczny].

Z rzeczy innych: mnie wystarczy wypuścić na jakiś zespół, żebym przy odrobinie zaangażowania prędzej czy później znalazła i skompletowała tyle koncertów i wszelkiej innej maści dóbr, ile tylko się da. Nie dalej jak dwa dni temu dokopałam się wreszcie do Brand New Chaos Luna Sea, w związku z czym chodzę pijana ze szczęścia posiadacza. Mało tego, jestem też na dobrej drodze do wywąchania, gdzie da się spiracić Beyond the Kingom Kisakiego, więc poza kilkoma książkami nie mogę powiedzieć, żebym miała jeszcze jakieś życzenia co do życia.
Przy okazji znalazłam sobie nową zabawkę, nareszcie mam jaki taki porządek w liście życzeń – przeniosłam moje marudzenie o tym, czego chcę, a czego jeszcze nie mam, na chce.to :D

Acha, na koniec. Gdyby się tak zdarzyło, że komuś uparcie nie odpowiadam na wiadomości, to nie dlatego, że go ideologicznie olewam, ale dlatego, że wywaliłam jego numer z listy gg, a mam port na ameby, więc. Nie gadamy ze sobą, nie mamy ze sobą nic wspólnego, a wkurwiają mnie nawet opisy na gg delikwenta(tki) – spadać w diabły.
I żeby nie pisać po nazwisku, ale osoby zainteresowane będą wiedziały, o kogo chodzi, moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Rozumiem, że ktoś mi może spamować fpage, bo ma takie życie a nie inne i za dużo wolnego czasu, rozumiem, że może mi spamować gg, shoutboxa, maila, cokolwiek, co nie jest inwazyjne, ale jak jeszcze raz dostanę kretyńską wiadomość o tym, że życie jest ciężkie, o ósmej rano, kiedy zazwyczaj śpię, to uczynię życie rzeczonego nieszczęśnika naprawdę ciężkim. Nie jestem punktem informacyjnym, żeby w środku nocy pisać, gdzie jest gabinet dziekana, bo ktoś zupełnie mi obojętny zawalił jakiś termin, ani nie jestem aż takim no-life'm, żeby z radością witać nudne raporty o tym, co kto miał na śniadanie. Pewnie, że mogę sobie wyciszyć telefon, ale mam kurwa kaprys zostawić dźwięk i mam do tego kaprysu pełne prawo (kurwa), więc BARDZO PROSZĘ KURWA PAMIĘTAĆ, ŻE NIE WSTAJĘ PRZED DZIESIĄTĄ i nie budzić mnie bez wyraźnej potrzeby tylko dlatego, że świat jest zły, życie ciężkie a ludzie głupi. Bo to, że są głupi, to akurat wiem i boleśnie jest mi to przypominane za pomocą smsów o ósmej rano.

Credits:
Oczywiście Konstanty Fofanow żył i miał się, mam nadzieję, źle, jak na prawdziwego poetę przystało, na przełomie XIX i XX wieku, znalazłam go w tomie wierszy symbolistów i akmeistów rosyjskich, którzy do spółki z Baudelairem wzbudzili w Shikamu największe zainteresowanie xD. Z racji posiadanej biblioteki czuję się bardzo dekadencka i wogle.Franuch Pająkowski w kawiarni czyta fragment "Padliny" Baudelaire'a w przekładzie Mieczysława Jastruna.
W roli Franucha Pająkowskiego wystąpiła gościnnie Shikamu.
 


 
 
Current Music: Moonspell, "DeKadence"
 
 
11 November 2009 @ 08:14 pm
Ząb mi rośnie.
Uważam, że w moim wieku to stanowczo nie na miejscu, żenujące i ogólnie wstydliwe, ale rośnie, co zrobić. Co prawda i Nawłaj, i Drago zdziwiły się, że tak późno, ale jeśli o mnie chodzi, wolałabym nie mieć żadnych dodatkowych zębów. Bez ósemek jestem równie mądra jak ci z ósemkami, z całym szacunkiem, a zachodu mniej. Poza tym obejrzałam sobie ten ząb. Wygląda ohydnie i na miejscu innych za nic nie chciałabym się spotkać z kimś, komu rośnie ząb. I to w takim miejscu.
Pocieszam się tym, że teraz będę mogła kupić sobie luksusowy i bardzo stylowy czarny gryzaczek z diamencikami, taki w kształcie tyłka Sugizo, na przykład.
Swoją drogą, Shadow mnie ostatnio zabiła oświadczeniem, że po wpisaniu w googla „tyłek Sugizo” pierwszym wynikiem jest link do mojego LJa. Żeby było śmieszniej – do notek dotyczących braku tyłka Inorana. Gdybym była bardziej przesądna i fanatyczna uznałabym, że to znak od Nieomylnego, że na pewno są parą. Ponieważ nie jestem ani przesądna, ani fanatyczna, zrobiło mi się strasznie głupio.

…Profeciak mnie właśnie wystraszyła na gg, chyba coś gorzej ze mną. Stosując terminologię naszej znakomitej grafomanki Bacarr, serce mi zamarło jak ścigany zając.

Tymczasem są ludzie, którym najwidoczniej mój ząb nie przeszkadza (albo o nim nie wiedzą) i w ten oto sposób w sobotę spotkałam się z Est na czekoladzie (:*) i spędziłam całkiem miłe popołudnie, jakkolwiek nie obrobiłyśmy dupy ani Hizumiemu, ani Hazukiemu, ani ogólnie nikomu, a w piątek wpadła do mnie Neimhalle (brawo, po całym roku niewidzenia, kiedy studiujemy w tym samym mieście ulicę od siebie, góra z górą się nie zejdzie…), teoretycznie tylko na obiad, praktycznie obejrzałyśmy prawie cały ostatni koncert Sadie, który okazał się zaskakująco dobry, aż byłam mile zaskoczona, i trochę Negi, stanowczo powinnam się przyjrzeć uważniej temu zespołowi. Mówiłam, że Neimhalle ma świetny gust do muzyki?
W czwartek zaś pojechałam do Opola na wagary, jakoś tak wyszło z potrzeby serca i kilku innych czynników. Wygląda na to, że etap poznawania Opola mam już za sobą, naprawdę spodziewałam się, że to takie większe miasto, mniej więcej jak Wrocław, a tu centrum można w pół godziny obejść.
Najciekawsze jest to wzgórze, gdzie znajduje się Wydział Filologiczny opolskiego uni. Sadząc po ilości tablic pamiątkowych poświęconych absolutnie wszystkiemu, całe wzgórze jest tak historyczne, jak nie jest cały Wrocław do kupy wzięty. I studnia, gdzie według legendy miał chrzcić jakiś święty, i pięć cegieł ze starego muru, i miliard tablic upamiętniających, że miejscu tym w roku x nocował y – słowem: przerost formy nad treścią i świadectwo jakichś wybujałych ambicji opolskiego uni, co byłoby śmieszne, gdyby nie to, że idą w to pieniądze studentów.

Chichocze tylko szpilka po śmieszce z Egiptu )

Obecnie rzeczywistość zdominowało mi nowe Deluhi, aż sama jestem zaskoczona, że taki dobry album nagrali i zupełnie nie rozumiem, czemu niektórzy się czepiają i wieszają psy, chociaż tak naprawdę najbardziej podoba mi się Lorelei xD. Wagner by się zdziwił xD.
Osiągam też moje prywatne szczyty fangirlizmu, nie dalej jak tydzień temu z wielkim nakładem cierpliwości spiraciłam 11 gb Fest on Parade Buck-Ticka tylko po to, żeby mieć Iconoclasm w wykonaniu J’a w bardzo ładnej jakości. To nic, że sam filmik z tego mam, że kawałek jest beznadziejny, a koncert piracił się tydzień, potrzeba obejrzenia J’a w nosem w monitorze bez pikselozy okazała się silniejsza. Przy okazji powinnam bardziej uważać na fangirlizm, zupełnie niechcący ściągnęłam sobie drugi raz Image or Real w VOB, nawet moja fantastyczna lista nie pomaga mi uniknąć powtórek.
Z rzeczy wstrząsających: zobaczyłam nóżki Inorana. Nie sądziłam, że kiedykolwiek posunie się do takiego braku przyzwoitości, ale tak, ubrał krótkie (szerokie na pół metra i kończące się trzydzieści centymetrów od gruntu) spodenki. Co prawda nie ma włochatych nóg i są słodko patyczkowate, ale tak czy siak ze zgorszenia omal nie spadłam z krzesła. A do tego oglądając PVkę do Can you hear it na moim cyniastym telewizorze o przekątnej szerokości zadu bawoła afrykańskiego zauważyłam, że z kołnierzyka wystaje mu nitka. Byłam oburzona takim niechlujstwem, ale Shikamu wyjaśniła mi, że to zamierzony efekt estetyczny, który ma poruszyć widzów. Mnie poruszył bardzo.
Fangirlzim na Inorana ma się dobrze. 
Wraca mi też faza na Riku, po ostatnim live Chariots Riku stanowczo utwierdził się na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy męskiej atrakcyjności w vk, a jego spam na blogu z piciem, kotami i zabawkami, pozbawiony jakiejkolwiek głębszej treści, tym bardziej mnie rozczula.

Poza tym wracam do szlachetnego zwyczaju sprawdzania kolejnych kawiarni, nie wiedzieć kiedy, we Wrocławiu powstało kilka nowych i czas poddać je wnikliwej ocenie. Powód mojej ciekawości jest bardzo prozaiczny: Lulu Cafe zrobiło się za bardzo oblegane i zaczyna odgrywać rolę miejsca spotkań ze wszystkimi, zatem szukam nowego miejsca „tylko-dla-siebie”. Jestem blisko, ale nie napiszę nic więcej.
Tymczasem w ramach poszukiwań napiłam się czekolady w poznańskiej Poema Cafe, o której pisałam jakiś czas temu, jednak za daleko mi trochę, opolskiej Molinari Cafe, gdzie mają bardzo dobrą czekoladę, ale za to w papierowych kubeczkach, co odpada na całej linii, Literatkę, gdzie dają straszny ulepek, ale da się znieść, czekoladę w Mleczarni, ongiś kultowej knajpie Wrocławia, miejscu tak obskurnym i wstrętnym, że nie wiem, jak można tam siedzieć dla przyjemności oraz niezbyt przytulną Uni Cafe, gdzie czekolada jest niezła i w fajnym kieliszku, ale jak na złość nie dają do niej spodeczka i jest raczej nieprzytulnie. Teraz czaję się na kolejne pięć kawiarni, może sześć, no i mam zamiar sprawdzić, na ile zmieniło się Moloko Cafe. Czuję, że trzeba będzie poprawić mój ranking czekoladowy.

Na koniec jeszcze słowo o książkach, ponieważ z racji choroby miałam dużo czasu na czytanie <3.
Książki, książki )

Acha, a nie wie ktoś, kiedy ma wyjść X tom Yami no Matsuei?

 
 
Current Mood: busy
Current Music: meth., "Change of Music"
 
 

Generalnie rzecz biorąc w węższym zakresie moja aktywność ogranicza się do leżenia i smarkania, w szerszym zaś do leżenia, smarkania, spania i czytania książek. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że zmogło mnie paskudne przeziębienie, czego najlepszym dowodem jest to, że po pierwsze nie chce mi się siedzieć przy kompie, a po drugie nie chce mi się palić. Czuję się naprawdę przygnębiona swoim stanem psychofizycznym.
Poleguję i snuję się pod domu w szlafroku na podobieństwo ducha pokutującego od niedzieli (co za idiotyzm, chorować w weekend, też coś), we wtorek powątpiewający błysk w oczach matki dał mi do zrozumienia, że w środę powinnam iść na zajęcia.
To oczywiste, że nie mogłam pozwolić sobie na szok bakteryjno-środowiskowy w takim wydaniu: po trzech dniach spędzonych na smarkaniu w łóżku i sennym bujaniu się na krześle, kiedy od leżenia szlag mnie już trafiał, niepodobieństwem było iść na zajęcia. W mojej Znamienitej Mieścinie wszystko już znam, w Opolu byłam niedawno, zatem wybór padł na Poznań, dosłownie w chwili olśnienia, kiedy patrzyłam na listę gg i nick Shikamu.

Nawet początkowe trudności obiektywne związane z wykopywaniem pietruszki, babcią, wczesną porą, pogodą, moimi rodzicami i setką innych drobiazgów nie mogły nam zatem stanąć na przeszkodzie. Uni wroc peel odesłał mi kasę, więc nie byłabym sobą, trzymając ją dłużej niż dwa dni przy sobie. No a Polskie Koleje Państwowe wspomagać trzeba, nie?
Jak na złość zapomniałam, że ciocia Gienia zamówiła mszę za babcię o jakiejś nieprzyzwoicie wczesnej porze, więc kiedy rano na palcach ześlizgnęłam się do kuchni, znalazłam w komplecie całą rodzinę. Ach, żadne słowa nie oddadzą ich zdumienia na mój widok, w pełnym rynsztunku wyjściowym. Oczywiście nikt nie dał się nabrać na to, że z racji dwóch dni opuszczonych muszę przed siódmą wyjść z domu celem udania się do biblioteki, coby przed wykładem prof. Harasimowicza zrobić sobie ksero materiałów do dra Krzywki, bla, bla. Matka obwąchała mnie jak pies myśliwski i uznała, że jestem zlana perfumami (nie byłam, to ten Silan do płukania tkanin) i że idę na randkę. Dobrze, że nie zachciało jej się zrobić mi rewizji bagażu podręcznego, już nawet nie w fajkach rzecz, a w tym, że jak każdy student mam jeden zeszyt do pisania lemonów, który przypadkowo jest też zeszytem na studia. Przypadkiem również jest to pozostałość mojego zeszytu do hiszpańskiego z zeszłego roku i tak też wygląda.
Rzecz jasna na pociąg wcześniejszy nie zdążyłam, bo jeszcze w progu matka mnie wróciła wypytać, jakie mam zajęcia i sprawdzić, czy nie zmieniła się wersja powodu tak wczesnego opuszczania domowych pieleszy. Co za brak zaufania wobec takiego wcielenia niewinności jak ja.
Na drugi pociąg biegłam sprintem, bo oczywiście zasiedziałam się w parku, pociąg oczywiście się spóźnił, ale tutaj wyczerpał się limit nieprzewidzianych wypadków, a dwie czy trzy wiadomości („Ja już jestem, poszłam do taniej książki i czytam poradniki seksualne”) utwierdziły mnie w przekonaniu, że w Shikamu znajdę jak najgodniejszego kompana wagarów.
W Poznaniu o dziwo nie padało, o zapowiadała mściwa Sybilla w postaci mamy Shikamu.

Poszłyśmy tedy na spacer po Starym Mieście, złożyłyśmy hołd złotemu cielcowi w świątyni konsumpcji, przy okazji ustaliłyśmy plany na przyszłość, to znaczy kręcenie filmów porno z naciskiem na estetykę i fabułę, na koniec zaś poszłyśmy na czekoladę do przemiłej i wyjątkowo klimatycznej Poema Cafe, znacznie przytulniejszej niż Cacao Republic czy Lavenda Cafe naprzeciwko Fary. I zwracam uwagę na to, że mówię to ja, osoba z zasady nie przepadająca za wnętrzami kameralnymi, ciepłymi i przytulnymi. Ratanowe meble, piecyk drzewny, brązowy fajans czarek, do tego zapach czekolady, imbiru i cynamonu no i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna przyjemność rozmawiania z Shikamu.
Ja już pomijam fetyszystyczne pejcze, wpływ koloru wibratora na jakość doznań estetycznych oraz kwestie futurystycznego dizajnu, nawet nie chodzi o te papucie z penisami czy odnalezioną właśnie niszę rynkową w zakresie produkcji porno ani o to, że się wreszcie dowiedziałam, co to jest goatse (czy mi się wydaje, czy wyszłyśmy właśnie na bardzo monotematyczne?) ale o tak czarujące drobiazgi jak skutki picia w postaci schodzącej z pleców skóry i naprawdę przydatną wiedzę w postaci właściwości przeciwbólowych gryzionych goździków. I wiele innych. Kto zna Shikamu, ten wie.

Baw. Pożegnanie było bardzo wzruszające i bardzo poetyckie. Słowacki i Goethe mogliby się od nas uczyć. Brakowało jedynie pary z lokomotywy i skórzanego sakwojażu, ale nad tym postaram się jeszcze popracować.
Co prawda nie wylanserzyłam się w skórzaną kurteczkę jak Shikamu, ale najwidoczniej moje zarazki uznały, że to żaden powód i od czwartku dały o sobie znać, przez co dziś odpadło mi spotkanie z Kyote. Baw podwójne, chociaż nadal twierdzę, że wagary z Shikamu były warte zatkanego nosa, chrypy i temperatury.
A tak w zasadzie to nawet nie miałam zamiaru pisać dziś notki, jakoś tak samo wyszło. Pewnie jakbym leżała więcej zostałabym filozofem albo pisarzem. W przeciągu ostatnich pięciu dni przeczytałam trzy książki, nie licząc bzdur na studia, i wrócę chyba kultywować tę szlachetną tradycję.

Wszystkim czytającym życzę zdrowia i dobrego samopoczucia.

 

 
 
Current Mood: sick
Current Music: Tsuruta Kinshi, "Haru no Utage Yori"
 
 

Advertisement

 
27 October 2009 @ 01:22 pm

Baaw.
 

 


Rozlazła jestem strasznie, siedzę w piżamie, smarkam, kaszlę i generalnie marudzę na wszystko poza kolorem mojego niebieskiego szlafroczka w ultragroźne, zajebiście mroczne uśmiechnięte chmurki. Przeziębienie dopadło mnie w weekend, zatem zamiast siedzieć na tyłku i pisać ficki o tym, jaki Inoran jest zajebisty i dlaczego, zwisam z krzesła przed kompem, bo od leżenia dostaję nerwicy i wkurwa. No i przyszłam pospamować tutaj.

Zaczęło się od tego, że w sobotę postanowiłam zafarbować sobie spodnie. Jakby mi ktoś powiedział, że to będzie tak czasochłonna operacja, to zastanowiłabym się dwa razy. Nic jednak nie zwiastowało dwóch godzin wyrwanych z życiorysu, gdy z zapałem rozbełtałam barwnik w ciepłej wodzie, jak instrukcja nakazała. O tym, żeby zrobić to w rękawiczkach nie pomyślałam, więc opłukawszy ręce zauważyłam, że wyglądam, jakbym wyszła z kopalni, skąd wynosiłam węgiel garneczkiem. Garneczek nadal jest lekko szarawy, chociaż szorowałam go uczciwie wszystkim, co znalazłam w domu, łącznie z szamponem do dywanów.
Postawienie na gazie piętnastolitrowego gara nie było aż tak trudne, jak się spodziewałam. Kolejne czterdzieści minut ciągle mieszając doprowadzałam portki do wrzenia. Po tym czasie musiałam przetrzeć żarówkę w kuchni, bo tak zaparowała, że nic nie było widać, a akurat przyszła Renata z urodzinowym ciastkiem, więc miałam motywację. Portki zgodnie z instrukcją pyrkały sobie na wolnym ogniu kolejne pół godziny. Mojemu kotu od wilgoci w powietrzu poskręcały się wąsy.
Ostatni etap był najtrudniejszy, jako że miałam dodać garść soli na każdy litr wody. Powstrzymałam się przed odmawianiem pogańskich zaklęć, całą ufność pokładając w Panu, a zadanie było o tyle trudne, że w jednolicie zafarbowanej na czarno powierzchni kuchenki musiałam odnaleźć ciemnobrązowy garnek z czarnymi spodniami w czarnej farbie. Plus opary rodem z koncertu każdego szanującego się zespołu jrockowego. Portki z zalewie solnej gotowały się następne pół godziny, a ja w tym czasie deliberowałam, jak wynieść to wszystko na dwór, żeby się ostudziło (Shikamu: Gargamel chyba coś takiego kiedyś robił, zastanawiałam się co on tam miesza w garze, a on togę farbował!).
Spodnie stygły dwa kwadranse, a w tym czasie ja próbowałam zeskrobać farbę ze wszystkich płaskich powierzchni w promieniu metra od palnika. Kopystka nadal zachowała szlachetny odcień machoniu.
Płukanie zajęło mi kolejne dwa kwadranse.
Cała operacja trwała blisko trzy godziny i Renata trzeźwo stwierdziła, że gdybym przepracowała je w kopalni, co sugerował mój wygląd, mogłabym sobie kupić nowe i przestać się wygłupiać. Łatwo powiedzieć. Na koniec polałam zlew kwasem, żeby wyżarł farbę, wyjaśniłam rodzicom, że szara kuchnia to najnowszy krzyk mody i modliłam się, żeby nie kazali mi tego sprzątnąć dokładniej.
Wypłukane, wysuszone i odprasowane spodnie, faktycznie znacznie ciemniejsze niż przed całą operacją, okazały się być ciasne jak wszyscy diabli i z przyjemnie luźnych zrobiły się podejrzanie opięte. Mam nadzieję, że to jedynie zasługa urodzinowego ciastka.
Dodatkowym bonusem była darmowa sauna w kuchni i kot, który upodobnił się do pudla. Zanim następnym razem zafarbuję cokolwiek, to się poważnie zastanowię.

Niestety o dwanaście godzin za późno pomyślałam, że spacerek w samej kurtce na stację po fajki i z powrotem zaraz po wyjściu z parówki, to nie był najszczęśliwszy pomysł. Tym sposobem od niedzieli kultywuję szlachetną cnotę milczenia, bo w gardle mam jedną ranę, przez co nie mogę się śmiać, Drago świadkiem, a i stan umysłowy pozostawia sporo do życzenia.
W związku z czym byczę się w domu i poświęcam czas na to, co powinno mi przynieść ulgę i pocieszenie, to znaczy oglądam po siedem do dziesięciu minut koncertów Luna Sea, które aktualnie mam na dysku. Image or Real mogłam sobie odpuścić, na widok Ryuichiego w ażurowej serwetce pod telewizor przetykanej brokatem podskoczyła mi temperatura, a J w wersji bardzo ciężki visual wzbudził we mnie dziki a niepohamowany entuzjazm, co niemal przypłaciłam życiem, bo dostałam takiego ataku kaszlu, że niejeden gruźlik by się nie powstydził.

Z rzeczy mniej wesołych: stłukł mi się mój kubek z OTP, który rok temu dostałam od Marik. Ot, półka się oberwała, kiedy mama wstawiała kubki do szafki. Nieoficjalnie. Oficjalnie to moja wina, ponieważ umyłam kubki i postawiłam je na suszarce, gdzie stały też kubki mamy i Z., a, jak się dowiedziałam, to nie była pora na mycie naczyń. Co wszelako pozostawię bez komentarza.
Inna sprawa, że mam nadal cztery kubki, z których używam raptem dwóch, ale zawsze jest okazja, żeby sobie pomarudzić.

I na koniec mam takie pytanie otwarte. Czy ktoś może zetknął się z książkami „Ostatnia konkubina”, „Czysta ziemia”, „Plebejka”, „Córki Ipponu nie płaczą” albo „Ulica tysiąca kwiatów” i może mi coś powiedzieć na ich temat tudzież zarekomendować? Szukam jakiejś przyzwoitej powieści, żeby wrócić do równowagi po tym ścierwie Bacarr. Btw, ostatnio w Empiku będąc zauważałam wyeksponowaną jej ostatnią powieść, tytułu nie pomnę, ale akcja rozgrywa się w wojennej Europie. Opis umieszczony z tyłu na okładce liczył sobie mniej więcej trzy zdania i na jego podstawie w ciemno mogę przewidzieć, o czym będzie książka: bohaterka zalicza każdego faceta, który pojawi się na kartach powieści, realizmu zero, za to dużo luksusu i pieprzenia się bez opamiętania w klubach mniej lub bardziej tajnych, ale zawsze bardzo ekskluzywnych i tajemniczych. Fabuły żadnej, no bo po co, ewentualnie jakieś naciągane poszukiwanie prawdziwej miłości. Słowo daję, że już Fanny Hill miała lepszą motywację.
Zastanawiające jest tylko, dlaczego niektóre autorki zdają się zapominać, że powieść nie jest ciekawa, frapująca i erotyczna, kiedy na każdej stronie epatuje się seksem. Ciekawe, że jeszcze się nikomu nie znudziło…

PS. A propos seksu.

Krawiecki lemon z pompką rowerową i proszkiem kisielowego )

A propos ficków zaś, szukam starych, zajebistych słów. Z nowych, jakich się ostatnio nauczyłam, to pawiment. A przy okazji, mówiłam, kurwa, że te pieprzone lornetki jakoś się nazywały. Wiedziałam. Natrafiłam na to przy okazji czytania komedii Wilde’a. Lorgnon.

Idę się położyć i dogorywać z godnością, znowu mi temperatura skoczyła. Może to brak J’a?

edit: W ramach poprawy nastroju postanowiłam sobie zrobić durny quiz. Quiz okazał się być durny nie tlyko dlatego, że miał mi powiedzieć, jakim członkiem Gazette jestem, ale dlatego, że wyszedł mi Uruha. Dowiedziałam się, kurwa, prawdy o sobie: You are a bit of a slacker, but you know when and where to draw the line. You tend to be lazy, but you don't admit it. You probably like club games and you don't get things quickly. You aren't the smartest person in the world, but that doesn't bother you. [Wali głową w ścianę]. You don't take samll things too seriously which is good. 
Przysięgam już nigdy nie robić żadnych cholernych testów jak jestem chora, nawet z pomocą Prophet. Tyle dobrego, że Uruha się chociaż ubiera normalnie. I nie, nie chcę wiedzieć, jeśli miał jakieś straszne wpadki odzieżowe. Jestem chora w końcu, nie? 
 
 
Current Mood: sick
Current Music: Kain, "Inlandempire"
 
 
17 October 2009 @ 10:37 pm
Jak wiadomo, różni ludzie mają różne dziwne nawyki. Mało tego, są również przedmioty, które niejako wywołują pewne irytujące zachowania, na przykład długopisy sprawiają, że upierdliwe bachory będą nimi pstrykać, gumy do żucia prowokują do robienia balonów, telefony służą do głośnego słuchania muzyki w tramwaju i tak dalej.
A dla mojego taty czymś takim są wykałaczki.
Ja bym się nawet nie czepiała, ale co jakiś czas słyszę, że jestem strasznym bałaganiarzem i jak ja tak mogę, zatem słusznie krew się we mnie burzy, kiedy znajdują złamane (!!), jako że podobno za długie są, poobgryzane patyczki. W zasadzie to, że znajduję je w kuchni na stole, na półkach różnego przeznaczenia, na stole przed telewizorem czy na lustrze w łazience złości mnie, ale nie zaskakuje.
Wszelako przedwczoraj znalazłam złamaną wykałaczkę na mydelniczce pod prysznicem, a kolejną – uwaga! – w dziurze na śrubkę przy nodze od fotela. Fotel klekotał podejrzanie, a jako że wiem, że śrubki w nim mają tendencję do wypadania, pracowicie zaczęłam ją wkręcać. Kiedy weszła cała, dla pewności pociągnęłam, a śrubka radośnie wyskoczyła z dziury. Razem z wykałaczką. Ułamaną.
Zastanawiam się, kiedy znajdę wykałaczki u siebie w łóżku, bo jak na razie mój pokój jest jedyną ostoją bezwykałaczkowej przestrzeni w tym zwariowanym domu.

Cieszę się jedynie, że żadne wykałaczki nie plączą się dookoła mnie, chowając się we włosach czy w kieszeniach, o narobiłabym sobie nielichego obciachu na spotkaniu z Drago w zeszłą sobotę. Jakoś tak to się dziwnie składa, że zaplanowane spotkania nigdy nie dochodzą do skutku, ale że w piątek Renata przypomniała sobie, że ma zajęcia w weekend, zatem zostawiła mi wolne popołudnie, a Drago w środku nocy przed południem napisała o tym, jakie cechy mają wrocławskie gołębie, co po dłuższym namyśle zinterpretowałam jako to, że ściągnęła wreszcie do grodu Wrocisława, nie było na co się oglądać i w ekspresowym tempie zebrałam się do kupy i poleciałam do centrum.
Na szczęście miałam za mało czasu na to, żeby się zdenerwować i przerazić tym, że na pewno zrobię z siebie idiotę. Potem miałam tego czasu jeszcze mniej, bo na czekoladzie w Lulu (dają ciała trzeci czy czwarty raz, nie wiem, co się dzieje i szukam innego lokalu na miejsce stałych spotkań) oczywiście mogłyśmy się już denerwować tylko tym, że Inoran się nie rozbiera. Poza tym jeśli kiedykolwiek wydawało mi się, że Drago jest groźna, to moje wyobrażenia szlag trafił, kiedy starała się jednocześnie mówić i oglądała zdjęcia Luny na mojej komórce, z porażającą dwusekundową regularnością przerywając słowa takim mruczącym „ouuuu”. Nareszcie dowiedziałam się, jak sama muszę brzmieć, kiedy zamiast koncentrować się na tym, jakie wydaję odgłosy, koncentruję się na odgłosach J’a, na przykład.
Niech mnie teraz patron studentów ma w swojej opiece, bo nie mam pojęcia, czy teraz nadal mogę wagarować tak, jak wcześniej xD, a pokusy są znaczne, bym powiedziała.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zwagarowała już na początku roku akademickiego – i już nie chodzi nawet o to, że spóźniłam się na własną immatrykulację – ale że przez drugi tydzień października trwał szkocki turniej rankingowy Grand Prix, w żaden sposób nie mogłam uczęszczać na zajęcia.
Niektóre spotkania były nudne i nawet ja to muszę przyznać, inne trzymały mnie w napięciu jak mało co (zwłaszcza półfinał między Robertsonem i Higginsem, zgodnie okrzyknięty najbardziej dramatycznym i pełnym napięcia spotkaniem przy snookerowym stole w przeciągu ostatnich kilku lat), ale największym zaskoczeniem było to, że Neil faktycznie wygrał turniej, co mnie bardzo, bardzo ucieszyło, choć nie ukrywam, że spodziewałam się finału Ding x Higgins, przynajmniej po formie, jaką obaj prezentowali przez cały turniej.
W tym tygodniu też nie narzekałam na nadmiar wolnego czasu: w poniedziałek zajęcia do dwudziestej, nie wiem, czyj to pomysł, we wtorek do dwudziestej bujałam się po mieście z Łukaszkiem, który musiał sobie kupić nową kurtkę. W środę uznałam, że nie ma co kultywować japońskiej tradycji zmieniania szat w zależności od daty, a nie pogody i pojechałam na zakupy sama, więc wróciłam do domu jeszcze później, ale za to z nową kurteczką. Ponieważ w czwartek było mi już ciepło, a poza tym tramwaje się zepsuły, co było niewątpliwym Znakiem, pojechałam do Drago na wagary.
Jedynie w piątek byłam w domu stosunkowo wcześnie, ale nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zahaczyła o antykwariat.

Antykwariat w tym miesiącu dostarcza mi niemałych wzruszeń. Moi rodzice zresztą też, bo są wyjątkowo chętni do książkowego sponsoringu. W tym miesiącu poza różnymi drobiazgami udało mi się znaleźć prawdziwy rarytas: antologię opowiadań i nowel japońskich, tę z 1986 roku w opracowaniu Melanowicza. Fakt faktem, że czytałam lepsze antologie, że czytałam w ogóle lepsze (to znaczy mniej ponure i bardziej zrozumiałe z kulturowego punktu widzenia) opowiadania japońskie, ale ta książka to rzadkość, więc był przynajmniej jeden powód, dla którego warto było wyczarować gotówkę.
Z książek poza tym należałoby wspomnieć o dwóch: pierwsza to „MonaLisa Turbo” Gibsona, która nadal nie daje mi o sobie zapomnieć, a to już miesiąc, odkąd ją przeczytałam, bardzo intrygująca „W pogoni za obcym głosem” Taichiego Yamady, tego od „Obcych”, którą właśnie czytam i coś, na co trafiłam w zeszłe wakacje, a teraz miałam okazję mieć w rękach. „Blond gejsza” Jiny Bacarr.
„Blond gejsza”. Już samo to powinno obudzić podejrzenia. Jeśli nie budzi, to tym gorzej.
Ja się nie będę czepiać języka, braku fabuły, szablonowych postaci bez charakterów i totalnego braku konsekwencji. Może niektórych czytelników – a zaznaczam, że to bestseller w Ameryce – coś takiego nie obraża. Inna sprawa, że aspirujące do miana poetyckich porównania w stylu serca, które ze strachu zamiera na moment jak ścigany przez psy zając dostarczyły mi niezłej rozrywki, ale żeby docenić taką grafomanię przepłakałam pierwsze pięćdziesiąt stron. Gwoli ścisłości dodam, że w ciągu kolejnych pięćdziesięciu nic się nie działo, to znaczy główna bohaterka chce zostać gejszą, chociaż jest Amerykanką, z różnych przyczyn nie może, a życie wystawia ją na różne pokusy w postaci mężczyzn. Ile razy na kartach powieści pojawia się jakiś mężczyzna, wszystko jedno, czy rikszarz, czy podejrzany cudzoziemiec, czy japoński baron, nasza bohaterka na pewno będzie mokra od pasa w dół tak konsekwentnie, jakby właśnie wyszła spod prysznica. Domyślam się, że ma to nadać powieści klimatu erotycznego, zmysłowego i kuszącego, ale zamiast tego mamy nudny i przewidywalny schemat intryg. Ekhem.
Wydawało się komuś, że w estetyka japońska ceni sobie subtelność i niedopowiedzenie? A skąd, wszystkie gejsze są wulgarne, dosadne i dosłowne. Spotkał się ktoś ze stereotypem japońskiej grzeczności, znaczeniem etykiety albo powściągliwością? Nasza dzielna autorka zaraz obali te wszystkie mity, tak z gejsz, jak i ich klientów czyniąc ludzi z poziomem kultury podobnym do przekup na targu. Nie obrażając przekup.
Myślał ktoś, że gejsze to przede wszystkim artystki, a seks nie wchodzi w zakres ich obowiązków, ale raczej przywilejów? Że mężczyźni nie mają wstępu do okiya? Że kimona dobiera się kolorystyką i motywem do pory roku? Albo że żeby zdjąć kimono nie wystarczy rozwiązanie samego obi? Że obi jako takie jest ciężkie i długie, zatem zerwanie go jednym szarpnięciem graniczy z cudem? Proszę porzucić mrzonki, gejsze snują się półnagie w przezroczystych niemal kimonach, spod których, jak przystało na Japonki, wylewają się ich obfite biusty, okiya można śmiało porównać do haremu, a przekraczający jego próg mężczyźni znajdują się nagle w świecie seksu, seksu, seksu i jeszcze raz seksu, gdzie jak przystało na Japończyków, dumnie prezentują swoje wielkie penisy. A co! O pracy i nauce nikt tam nie słyszał, a wszystkie maiko, jak leci, zawsze, nawet do świątyni chodzą w wieczorowym stroju wyjściowym. To nic, że biegać za bardzo się w tym nie da, jako że kimono samej maiko waży czasem nawet dwadzieścia pięć kilo, a chodzenie w geta na wysokich platformach do najwygodniejszych nie należy.
Mamy rok pański 1892, zatem purytańska amerykańska moralność ma się całkiem dobrze, ale to nic, nasi bohaterowie nie mają o tym bladego pojęcia, niezależnie od wszystkiego prezentując świadomość seksualną godną ludzi XXI wieku, bogatych w doświadczenia rewolucji seksualnej lat 60 ubiegłego stulecia. Rok 1892, a więc restauracja Meiji w rozkwicie i co? I mamy feudalnych panów w garniturach, którzy noszą pod nimi krótkie miecze wakizashi, a zachowują się mniej więcej jak amerykańskie nastolatki.
Dowiadujemy się zatem, że bodhisatthwa Kannon to Kwanon, baron nazywa się Tonda-sama (pytanie za pięć punktów: jak wymówi to Japończyk?), główna bohaterka to Kathlene (pytanie za dziesięć punktów: jak Japończyk nie połamie sobie na tym języka?) a Japonki nie golą brwi, tylko rzęsy. Zadanie konkursowe: niech sobie ktoś spróbuje ogolić rzęsy. Nie chcę nawet wnikać, czy dupy dała autorka czy tłumacz, ale gniot poszedł w ludzi. 
Nie mam nawet siły czepiać się tej ksiązki. Natomiast bardzo głęboko zastanawiam się nad tym, dlaczego ja mam kompleksy na punkcie wierności historycznej czy jakiekolwiek innej moich ficków, skoro znacznie gorsze bzdury niż te, które ja wypisuję, można spokojnie wydać i sprzedać w kilkumilionowym nakładzie.

Poza tym słucham sobie nowej muzyki od Shadow i jak na razie wydaje mi się, że mam pretendenta do tytułu Ścierwa Roku. Drago zadała mi tylko jedno pytanie: „A czego mogłaś się spodziewać po projekcie ludzi z Psycho le Cemu?”. Prawda, nie spodziewałabym się niczego dobrego, ale Dacco przekroczyło moje najśmielsze braki oczekiwań.

No, a teraz bardzo długie i nikomu do niczego niepotrzebne meme od [info]estoir , bo zmęczyłam się czytaniem i chętnie pozabijam trochę czas.
Bardzo długie meme z którego ciekawe są tylko pytania 189-203 )

 
 
Current Mood: cranky
Current Music: Die in cries, "Kamen no Shita no Kao"
 
 
Tłumię w trzewiach głęboki skowyt niezrozumienia… Chuj!
W czwartek jechałam tramwajem. W piątek i dzisiaj też co prawda jechałam tramwajem, wszak moje życie jest tak pozbawione sensu, radości i choćby jaśniejszego promyka nadziei. Wszystko przez to, że jestem niska i ludzie mi zasłaniają okna. Takie jest właśnie nasze życie, staczamy się na dno egzystencji jak na podłogę tramwaju…
W czwartek jechałam tramwajem i patrząc na tych wszystkich ludzi, na ich twarze, na ich puste spojrzenia, pomyślałam, że wszyscy oni walczą z życiem jak z szarpnięciami w tramwaju, starają się zachować równowagę i nie dać się, nie dać się pędowi. Czy to ma sens? Czy to jest warte takiego wysiłku? Na co zda się cała ta szarpanina z żółtymi poręczami? Moje życie nie ma sensu i wiem, że nie mam po co z tym walczyć, dlatego ile razy tramwaj szarpnął, czułam, jak upadam coraz niżej i niżej w otchłań mojego smutku. Nienawiść na twarzach ludzi, wiem, że nikt z nich nigdy mnie nie zrozumie, nie pojmie mojej wrażliwości… Patrzyłam w szybę zapłakaną deszczem i czułam, że po mej twarzy też płyną strumienie łez… a  może to tylko deszcz spłukiwał ślady ostatniego uśmiechu, jakim pożegnałam w domu mojego różowego, pluszowego króliczka…? Albo wysiadłam na przystanku koło uczelni aby podjąć nierówną i skazaną na porażkę walkę z kolejnym pustym i szarym dniem, którego nic nie zmieni…
Ci, którzy mnie nie rozumieją, powiedzą, że pieprzę i będą się śmiać… jak dobrze, że chociaż wy macie trochę radości w życiu… tak, nikt mnie nie rozumie, ale jednak dobrze mi z tym, na wieki chowam skarby mej duszy i cieszę się tymi okruchami szczęścia, które czasem spotykam na swojej drodze…
Czas na zajęciach płynął wolno, wypełniając me serce smutkiem i szarością. Po zajęciach poszłam cierpieć w świątyni konsumpcji, mijać obojętnym krokiem tych wszystkich zagonionych, beztrosko naiwnych szczęśliwych ludzi, tak obojętnych, tak niewrażliwych na moje cierpienie i smutek… Nie mogłam tego dłużej znieść, czułam, jak moja dusza umiera kawałek po kawałku, poszłam więc do wc i chlipałam na sedesie, wpatrując się w moje majtki w czaszki, przynajmniej dopóki nie skończył się papier. Całe moje życie składa się z takich końcówek papieru, które zużywają inni…
[Mam nadzieję, że emonotka takiej długości wystarczy. W ogóle są jakieś wymogi formalne co do długości?]
Wróciłam do domu, w którym wszyscy poza mną są kochani i szczęśliwi. Tylko ja jestem samotna i żyję jak otulona ciemnym woalem nieprzebytego smutku. Nie mogę nawet powiedzieć mamie, że nie może dawać mi kotlecika na obiad, bo przywołuje to wspomnienia nożyka do masła, którym tnę się wieczorami, kiedy domownicy śpią a na gg nikogo nie ma. Poszłam do mojego pokoiku, najmniejszego i najdalej położonego w całym domu [poza pokojem taty, ale nie może mi odebrać palmy pierwszeństwa] i oglądałam koncerty Buck-Ticka.
To spojrzenie Atsushiego… Które mówi wyraźnie, że tylko ja go rozumiem i tylko on rozumie mnie… Nikogo, nikogo innego, ani Shikamu, ani Lumii, ani Nawłaja, bo ją to rozumie Imai na przykład, ale mnie, tylko mnie, ponieważ jestem tak samo wrażliwa i tak samo odczuwam otaczającą mnie śmierć i zgniliznę [nie miałam na myśli, że reszta Buck-Ticka rozkłada się i gnije] i razem możemy cierpieć na mal de caderas i zdążać ku śmierci…
…a cały ten ból egzystencji przez brak motywacji, aby umrzeć…

Wy mnie nie rozumiecie, idę się zabić... Do jutra.

Tak, zatem obiecana notka dla [info]shonen_terroris była, teraz będzie obiecane meme. Miało być o siusiakach, albumach i emo, dziewięć pytań. Huh, okazało się to sporym wyzwaniem, zatem poprosiłam o pomoc [info]shikamu .
Nie obstaję twardo przy wszystkich pytaniach, ale jeśli jakieś Ci się nie spodoba, zamień je na jakieś inne :D.

Meme o emo siusiakach na albumach )

Poza tym jestem bardzo zadowolona.
Plan zajęć nie wydaje się być taki tragiczny, jak się spodziewałam, że będzie, a przy mojej frekwencji za jakiś czas nauczę się rozróżniać mój rok od innych. To duży postęp, w zeszłym roku akademickim miałam z tym problemy do maja.
„Shogun” okazał się być książką w sam raz ciekawą na dłuższe popołudnia, może nie tak dobrą jak „Gai-jin” i od siedemsetnej strony ciągnął się jak czas na wykładzie, ale nadal czytało się przyjemniej niż niejedną inną książkę.
Nowy jrock bardzo przyjemnie, być może dlatego, że to pierwszy jrock od kilku tygodni, dzielonych między J’a i Inorana – ostatni Clear Veil bardzo zacnie, to samo ostatnie dwie Megaromanie, aż byłam zaskoczona. Satsuki, wbrew obiegowej opinii, mnie jakoś nie rozczarował ale i za bardzo nie zaskoczył, ostanie rzeczy Downer nie tak przyjemne dla ucha jak debiut, ale nadal niezłe. Depain nie za bardzo mi się podoba, to samo ostatnia Despa, ale na to się już skarżyłam. Natomiast odkryciem okazało się La Vie en Rose, aż sama nie mogę uwierzyć, że nadaje się do słuchania, chociaż zazwyczaj jak widzę cokolwiek, co jest angura kei, to cud się musi zdarzyć, żebym po pierwsze uznała to za znośne a po drugie żeby mi się jeszcze spodobało. O, proszę bardzo Kyokutou Girl Friend albo Monokuro Kinema, ile sobie obiecywałam i takie nieciekawe rozczarowania były…

Zaczęło się szkockie grand prix i po pierwszej fazie eliminacji jestem raczej zadowolona, jako  że Ken Doherty poradził sobie zaskakująco ładnie, chociaż trochę żałowałam, że przez to Mark Selby odpadł, Ding Junhui z pewnymi problemami, ale kapitalnie wykorzystując błędy przeciwnika, chociaż i tak uważam to za jedno ze słabszych spotkań, jakie widziałam. Niestety odpadł Marco Fu i Liang Wenbo, bo po tym, co pokazał w Shanghai Masters dochodząc do finału mogło być ciekawiej. Steven Hendry bardzo ładnie poradził sobie dzisiaj z Matthew Selt’em, ale to akurat nie było żadne zaskoczenie.
Ale przede wszystkim cieszę się, że Neil Robertson wykosił Greene’a i dobrze, że tego nie widziałam, bo mogłabym skończyć odpalając jedną fajkę od drugiej. Wystarczyło mi, że Jamie Cope okazał się lepszy od Rayana Day’a (btw, bardzo zmężniał od mistrzostw świata, ale może to ten dwudniowy zarost), jakkolwiek żal mi Day’a, bo dwa razy podchodził do breake’a maksymalnego, w tym druga próba skończyła się pudłem na przedostatniej bili. A już się cieszyłam.
Jutro ostatnie spotkania i od środy zaczyna się druga runda, aż pokwikuję z podekscytowania, jak o tym pomyślę.

No i zaległe meme. Miało być codziennie, a tu tyle czasu bez notki. Jestem looooooser. No ale, czas nadrobić, zatem dziś…
Bardzo systematycznie robione meme, prawda... )

Widziałam ostatnio fajne meme u kilku osób, z dziesięcioma zdjęciami swojego ulubionego muzyka, ale że trzeba było go pokazać jak je, śpi i półnagiego, to odpadłam w przedbiegach. Jak słusznie ostatnio zauważyła Drago, Inoran nie nosi nawet koszulek bez rękawów.


 
 
Current Mood: emo!
Current Music: La Vie en Rose, "Kamihikouki"
 
 

Advertisement

 
30 September 2009 @ 10:21 pm
Kiedy szykowałam się dziś do zajęć, wpadły mi w ręce Filozofixy, czyli komiksy o filozofach, które w przypływie nudy i frustracji rysował mój ongiś serdeczny kolega Regis na pierwszym roku filozofii. Uśmiałam się jak dzika norka i w związku z tym chciałabym zaprezentować wyjątek jednego z Filozofixów. Bez obrazków, ponieważ ksero mam fatalnej jakości i po zeskanowaniu nic na nim nie widać, niestety. Proszę sobie wyobrazić jednego ludzika z brodą siedzącego na kamieniu i jednego ludzika z brodą stojącego przed nim.
Ludzik stojący: Cześć, Arystotelesie, co robisz?
Ludzik siedzący: Piszę mój nowy traktat „O dupie”. Zajmuję się w nim etyczną teorią wartości, krótko opisuję zagadnienie czasu, po czym rozważam eleacki problem ruchu. A konkretnie zastanawiam się, czy warto ruszać stąd dupę przed południem.

Moim skromnym zdaniem jest to kwintesencja filozofii: z prostej rzeczy uczynić abstrakt, skomplikować to najbardziej jak się da i opisać jak najdłuższymi słowami. W tym roku filozofia mnie nie ominie, coś tak czuję, nawet długie bolesne dwa lata filozofii antycznej i średniowiecznej się nie przydadzą. Przynajmniej będzie gdzie się zdrzemnąć.

Wczoraj uczciłam z Drago koniec wakacji co ciekawszymi wyjątkami z „Mafuyu no yagai”, co wydatnie poprawiło mi humor. Fangirlizm, którego tak się wstydzę, doprowadza czasem do zabawnych sytuacji.
Szczypiorek )

No i meme część druga.
Tragiczne galaretki z kolan )

 
 
Current Mood: sleepy
Current Music: J zachęcający do robienia mu nieprzyzwoitych rzeczy, czyli "Twister"
 
 
29 September 2009 @ 09:40 pm
Jako że rok akademicki za pasem w zasadzie, postanowiłam wziąć się za siebie i na dobry początek, przywoławszy na pomoc całą swoją odwagę, postanowiłam dokonać inspekcji szuflad biurka. Jakkolwiek zasadniczo i na ogół panuje w nich porządek, a ja chociaż w przybliżeniu orientuję się, co i gdzie mam, tak w praktyce nie zawsze wiem, jak stan posiadanej wiedzy teoretycznej ma się do stanu rzeczywistego.
Tym razem po otworzeniu szuflad poraził mnie widok równo ułożonych, piętrzących się przede mną… rosnących w nieskończoność… sztapli papieru. Cuda, cuda znalazłam. Przede wszystkim cztery czy pięć zeszytów pierwotnie przeznaczonych do różnych przedmiotów, w praktyce będących zeszytami do wszystkiego, bezcenny wręcz materiał kronikarski. I „Timajosa” Platona, i „Kritiasza” tegoż, i „Enuma elis”, sumeryjski poemat kosmogoniczny, i współczesną poezję arabską, i długą rozprawę na temat zmian w armii rzymskiej od republiki do Flawiuszów, i streszczenia siratów, i całą masę innych papierów obrazujących, czego uczyłam się przez ostatnie cztery lata. Niepotrzebne wyrzuciłam, resztę zapakowałam do segregatorów: wyszły mi dwa z notatkami i jeden tylko z nowogreckim. Czemu nie wyrzuciłam jeszcze tego paskudztwa nie wiem, ale mam niejasne a nieprzyjemne przeczucie, że może się przydać jeszcze, od czego Boże broń.
Na fali porządków zabrałam się też za przeglądanie zdjęć z rodzinnych albumów i zaiste, nic mi tak nie poprawia samooceny. Na zdjęciach z reguły wyglądam jak idiota, ale nawet jeśli teraz wyglądam jak skończony burak, to i tak jest lepiej niż kilka lat temu. Swoją drogą zastanawiam się, po jaką ciężką cholerę robić zdjęcia, których i tak nikt potem nie ogląda, a tylko politowanie albo żal budzą, że człowiek kiedyś taki młody był. W mojej rodzinie panuje tendencja do robienia zdjęć w czasie świąt i imienin: pierwsze mają choinkę i to jest jedyna różnica. Dostałam ciężkiej kurwicy w czasie segregowania i porządkowania tego, ponieważ tak naprawdę jedynym wyznacznikiem chronologicznym była długość moich włosów albo wysokość, na jakiej dziadek zawiesza moją ulubioną czerwoną bombkę (co roku wyżej). Siedem albumów zajęło mi całe popołudnie i przysięgam, że nie ma osoby bardziej nieuporządkowanej, niedbałej i niecierpliwej niż moja matka. Czemu nie mogła tego od razu zrobić porządnie?

Tym razem poczta nie dała dupy, co przewidywałam, i w sobotę nareszcie mogłam (mogłyśmy) rozkoszować się Lunowym „Mafuyu no yagai”, z wielką ofiarnością piraconym przez długie, bolesne trzy miesiące albo coś koło tego.
No cóż.
Prywatnie ułożyłabym im inną setlistę, ale wtedy nie wiem, czy nie trzeba by było ocenzurować całości. Koncert sam w sobie w gruncie rzeczy nie przedstawia żadnego moralnego zagrożenia, jako że Ryu wychodzi najpierw w jakimś brezentowym płaszczu, potem straszy w koszuli z deseniem żywcem z tapety wziętym oraz płaszczem z narzuty na kanapę, a szczyt szczytów osiąga w obcisłym (sic) czerwonym (sic!) lateksowym (sic, sic!) wdzianku, które przy okazji miało za krótkie spodnie i było mu widać obciachowe skarpetki. Po czymś takim nawet sięgające żeber, szerokie spodnie Inorana oraz jego pięć warstw na górze zakończonych bardzo efektowną koszulą z weluru nie mogły mnie bardziej zgorszyć, jakkolwiek podejrzewam, że na drugiej części koncertu nie tyle przebrał spodnie, co zdjął górną warstwę. Wszystko to po to, żeby wybitnie nieprzyzwoite wykonanie „Selves” nikogo nie zdemoralizowało. Jakkolwiek szepczący Inoran jest bardzo. I Sugizo z zawiązanymi oczami jest bardzo. I prominentia laryngae Sugizo jest bardzo, bardzo. A najbardziej jest porozbierany J.
W każdym razie i miny Ryuichiego, i jego przedziwne kreacje sceniczne znalazły wreszcie logiczne wyjaśnienie. W postaci kosmitów. Prywatnie zaś czuję się wstrętnie i obrzydliwie sfangirlowana na Inorana, o czym wszelako więcej pisać nie będę, żeby resztki godności zachować. Umownie. Po kwiczeniu na „Mafuyu…” nic mi nie pomoże.

Kanomka-prajd )

W weekend spotkanie z Atemu, króciutkie bo króciutkie, ale i tak się bardzo cieszyłam, że w ogóle. Czasu starczyło nam w sam raz na to, żeby mimo wszystko zachwycić się Tsukasą z ostatniego DVD Despy (dotknęłam sobie oryginalnej płyty i prawie w ogóle nie drżały mi ręce) i obejrzeć początek „A Frozen Flower”, który zaczynał się bardzo obiecująco, a skończyło się na bardzo gorszącej i wszetecznej scenie heretyckiego seksu. Byłam zdegustowana, taki dobry film mógł być!
No, a teraz idę poczytać „Shoguna”. Cudowna książka, jestem na pięćsetnej stronie, a jeszcze prawie tysiąc mi został! :D

No i na koniec meme siedmiodniowe podprowadzone [info]lostscene , które chciałabym zobaczyć u [info]dra_go , bo może być ciekawe, [info]baka_prophet , bo jestem ciekawa, jaki fick wybierze i [info]arinsar , żeby nie obrosła mchem i bo mi się nudzi bez jej wpisów. Jeśli komuś się nie chce codziennie, może chyba zrobić wszystkie na raz, prawda?

Zasady są proste:
Day one: a song
Day two: a picture
Day three: a book/ebook/fanfic
Day four: a site
Day five: a youtube clip
Day six: a quote
Day seven: whatever tickles your fancy

Pokładać nadzieję w Panu i Pomorskich Lasach )

 
 
Current Mood: indescribable
Current Music: Inoran, "Won't leave my mind", bo czuję się beznadziejnym fangirlem
 
 
I. Wiadomości ogólne.
Zabieram się do tej notki od rana, w sumie przed śniadaniem jeszcze chciało mi się pisać, potem przeleciałam się przez LJa, zjadłam kanapki, zrobiłam sobie herbaty, poszłam do sklepu… cóż, dochodzi 20, a ja nadal nie napisałam ani zdania. Pomyślałabym, że jestem chora, gdyby nie to, że jak wykazało oglądanie J’a, reakcje mam w porządku. No ale nic to, mam pyszną herbatę, którą „zaraziła” mnie Shadow (biały Irwing z gruszką i figami), zatem bądźmy mężni i w imię Boże…

II. Powtarzalność pewnych zjawisk.
Obowiązkowe w okresie rekrutacyjnym zamieszanie wymusiło częste wizyty w okolicy przybytków nauk uniwersyteckich, a więc także znacznego zagęszczenia antykwariatów i księgarń, a to przypomniało mi, że nadal nie przepisałam do zeszyciku sto razy, że nie będę wchodzić do antykwariatów przed pierwszym.
Gwoli ścisłości tym razem nie weszłam, tylko przystanęłam przed wystawą dwa razy i było to o dwa razy za dużo. Za pierwszym wyczaiłam bowiem monografię o samurajach Śpiewakowskiego, na którą czaiłam się w bibliotece od jakiegoś czasu, a teraz Los podał mi ją jak na talerzu. Lektura to krótka, lekka i przyjemna – może nawet za krótka, za miła i za przyjemna, bo oczekiwałam czegoś bardziej drobiazgowego i wnikliwego – ale z drugiej strony i tak nie wiem, czy istnieje bardziej kompetentne źródło, przynajmniej z tych, które widziałam…
Za drugim razem… to było niezwykłe uczucie. Stanęłam sobie przed wystawą, obojętnie oglądam tytuły na okładkach i w pewnej chwili witryna zmienia kąt nachylenia, czuję ją bardzo blisko swojego nosa, w dodatku nabrała cech magnetycznych, bo ręce same przykleiły mi się do szkła, a potem poczułam, że wszędzie mam pełno śliny.
Przede mną leżało archaiczne wydanie – prawdopodobnie jedyne zresztą, trzy tysiące egzemplarzy – czterech komedii Wilde’a. Wpełzłam do antykwariatu resztą sił, miła pani widząc moje maniakalne spojrzenie bez słowa odłożyła mi książkę, a ja wróciłam do domu w podskokach i z taką siłą perswazji uzmysłowiłam moim rodzicom, że MUSZĄ mi ją kupić, że nawet bankomat bym przekonała, żeby pożyczył.
Tak naprawdę książka jest strasznie brzydka, ma taką sobie, szarą, płócienną okładkę, poszarzałe karki, pachnie kurzem starych książek i została wydana w ’61 roku. Spałam z nią pod poduszką. Strasznie fajne uczucie, wsadzałam rękę pod głowę i mogłam wymacać chropawą powierzchnię okładki, a wtedy aż mi się coś w brzuchu ściskało z radości. Nie mogę się doczekać, aż zacznę czytać :D.

Moi rodzice – a konkretnie moja matka – w zasadzie nie może mi teraz odmówić niczego: książek nie, bo w końcu studium oblige xD, a ciuchów tym bardziej, bo ZNOWU  wyprała moją czarną koszulkę z wszytymi białymi ramiączkami z czarnym praniem. Tym razem zafarbowały na niebiesko. Ja się zastanawiam, kiedy koszulka rozpuści się od tych ilości detergentów, którymi niweluję gapiostwo i niecierpliwość mojej matki. Ace wywabiło nieszczęsny błękicik, ale wywabiło też trochę czerni z dekoltu, w związku z czym muszę się wybrać do sklepu dla plastyków i znaleźć farbę do tkanin. I to taką, której odcień czerni będzie pasował do bluzki.
W związku z tym chciałam kupić sobie sweterek – w ogóle szalenie podoba mi się to, co w Bershce, Stradivariusie i Kazarze proponują na zimę – ale wszystkie, które chciałabym mieć mają cudownie szerokie rękawy, które nijak nie zmieszczą się pod płaszcz. Do chrzanu. Zamiast tego na otarcie łez zainwestowałam w białe spodnie, które wyglądają, jakby ktoś przejechał po nich wałkiem z czarną farbą i nowy czarny pokrowiec na telefon, bo przecież nie będę nosiła idiotycznej białej skarpetki z równie idiotyczną biedronką, której dzwoni kuperek, jak telefon zaczyna wibrować. Ludzie.
Uznałam, że nic nie poprawia humoru tak, jak małe zakupy.

III. Estetyka.
No, może poza koncertem Inorana, ale to odkryłam z podpuszczenia Drago. „Butterfly Effect” ma mniej więcej półtorej godziny, zatem lekko przerażona postawiłam sobie za cel, że obejrzę przynajmniej do czterdziestej minuty i uzbroiłam się w cierpliwość.
Półtorej godziny później, zebrawszy się do kupy za pomocą wiaderka i ściereczki bardzo się zdziwiłam, że koncert się skończył. Inna sprawa, że ze zgorszenia omal nie spadłam ze stołu, bo Inoran nie dość, że wyszedł tylko w trzech warstwach ciuchów, to publicznie rozdział się do dwóch. Powiedzmy, że to ostatecznie jest do przyjęcia, ale te nieprzyzwoicie, jak na jego standardy, obcisłe spodnie, z dziurami na oko dziesięć centymetrów powyżej kolana, odsłaniające trzy centymetry kwadratowe skóry, były szczytem wyuzdanego kusicielstwa. Obawiam się, że Inoran nie ma wstydu. Jak to zobaczyłam, to prawie dostałam apopleksji.
Obawiam się również, że zrobiłam się wobec niego wstrętnie i obrzydliwie bezkrytyczna.
Teraz tylko czekam, aż Poczta Polska wypełni swą powinność i Drago dostanie Mafuyu no yagai, bo tam jest szepczący Inoran i Sugizo z zawiązanymi oczami i gdyby nie ta interwencja cenzury w postaci umieszczonej na pierwszym planie osoby Ryuichiego, to koncert byłby NC-17 za wykonanie „Selves”.
Poza tym Shadow absolutnie cudownie spamuje mi gg. To dość zaskakujące doznanie, najpierw rozczulam się, że jeden Kirito, a tyle szczęśliwego Kirikota (nowa część szczęśliwego kiriświata – kiriklata, czyli to, co powinno być widać, jak Kirito ściągnie koszulkę, przy czym najczęściej nie widać wtedy nic, bo jest fenomenalnie wychudzony i tak trzymać), po czym idę sprawdzić, co tak bardzo się Shadow spodobało – i sama kwiczę. Mimo wszystko widok Kohty podrzucającego piłeczkę na patyczkach albo podciągającego się na rolce do ubrań w zajebiście obciachowych niebieskich kapciach jest bezcenny.

IV. Pytania i odpowiedzi.
No a teraz to, co wszyscy lubią najbardziej, czyli bardzo długie meme. Niech robi, kto chce, mam iwil plan otagowania do następnego trzech osób, więc…
Dość długie i raczej nudne meme robione dla zabicia czasu )

V. Terminologia, czyli kto to jest seksista i idealista.
Poza tym wakacje sprawiają, że nareszcie mam czas czytać książki, z czego skwapliwie korzystam: „Samuraj William” Giles Miltona był raczej nudnawą monografią historyczną – a na pewno czytałam lepsze – „Mona Lisa Turbo” Gibsona okazała się kapitalną powieścią, kapitalną po prostu, a „Rękopisy Platona” Ackroyda były bardzo zabawne i bardzo mądre jednocześnie. Szalenie inspirująca lektura – i prawdę mówiąc zastanawiałam się, czy za dwa tysiące lat mieszkańcy Ziemi tak właśnie będą na nas patrzeć, czy nazwą naszą epokę Epoką Krzywowozoru i będą robili słowniki naszych pojęć. Dla przykładu:
Ideologia – proces wytwarzania idei. Odbywał się on zazwyczaj w milczeniu i samotności, ponieważ produkcja idei wymagała wielkiej staranności. Niektórzy rzemieślnicy byli wybierani do tego zawodu w młodym wieku i szkoleni w „szpitalach psychiatrycznych” Kub „domach wariatów”. Zwano ich idealistami i oczekiwano, że wytworzą określoną liczbę idei do wystawienia lub odegrania w udramatyzowanej postaci na forum publicznym.
Rządy absolutne – rządy zmierzające do realizacji absolutu. Ich atrybutem była szklana butelka z przezroczystym płynem.
Seksista – zwolennik koncepcji, w myśl której istnieją tylko dwie, a najwyżej trzy płcie.

Ubawiłam się setnie, ale gdzieś tam na dnie tego śmiechu była taka gorzka zaduma – a jeśli ten facet ma rację, jeśli zmieni się punkt odniesienia nasza epoka naprawdę tak wygląda? A może ma rację i to wszystko jest tylko zależne od tego, w którym miejscu jest umysł?
Tymczasem dopadłam wreszcie „Shoguna”, uśmiałam się jak dzika norka nad sceną zmuszania głównego bohatera do kąpieli, która przecież mogła spowodować przeróżne choroby, i mam szczery zamiar do końca wakacji leżeć plackiem i czytać – czego też i innym serdecznie życzę.
Tym optymistycznym akcentem…

 
 
Current Music: Nieprawdopodobnie tajemniczy szept Inorana, czyli Luna Sea, "Selves"